Pani Daga

GLOOMY LONDON

Posted on April 26, 2015

There are days when you just don’t feel like getting up and starting a new day. I had a day like that a couple of days ago. Wishing I could stay, had to force myself and leave the house. How unlucky was I to spent 8 hours wandering round London when it was chucking it down the whole day.. I could barley see any colours and ended up taking black and white photos. Having uploaded my photos, there’s one thing I can say: it doesn’t matter whether London is full of colours or monochromatic.
It is still London.
And I still love it.

Są czasem takie dni, kiedy najchętniej wcale nie wstawałabym z łóżka, ale moje ostatnio bardzo leniwe życie ma dla mnie inne plany. W najgroszym deszczu i chłodzie włóczyłam się po Londynie przez 8 godzin. Było tak bardzo szaro, że wszystkie kolory zniknęły.

IMG_20150219_231250
IMG_20150220_185055
IMG_20150220_185233
IMG_20150219_231534
IMG_20150220_185344
IMG_20150220_103338
IMG_20150220_103109
IMG_20150219_232254
IMG_20150220_102718
IMG_20150219_230908
IMG_20150220_185514
IMG_20150220_185627
IMG_20150220_185834
IMG_20150220_190012
IMG_20150220_185753

Advertisements

2014 tu i tam

Posted on January 4, 2015

Mam wrażenie, że jeszcze niedawno pisałam podsumowanie 2013. Byłam wtedy bardzo zadowolona z tego, co udało mi się osiągnąć i zobaczyć w 2013. Myślałam, że taki rok zdarzył mi się raz w życiu i kolejny będzie powrotem to rzeczywistości. Wybierając zdjęcia na podsumowanie 2014 roku doszło do mnie, że poprzedni rok był jeszcze lepszy. Lepszy pod każdym względem. Nie ma ani jednej rzeczy, której żałuję. Każdą zrobiłabym jeszcze raz bez zastanawiania. Ci, którzy byli ze mną przez cały rok odwiedzą wszystkie miejsca jeszcze raz a dla tych, którzy śledzą bloga od niedawna będzie to idealna okazja to poznania mnie lepiej.

Styczeń/ January
 
Nowy rok przywitałam na krakowskim Kazimierzu, 2 stycznia rano wracałam do Londynu a popołudniu kupiłam bilety do Lizbony. Postanowiłam, że będzie to mój prezent świąteczny. Poleciałam do Lizbony na 24 godziny i były to najlepiej zainwestowane 30 funtów.
Wtedy byłam przeszczęśliwa, że jestem po raz pierwszy w Portugalii a po sześciu miesiącach udało się wrócić nie tylko do Lizbony ale pojeździć po Portugalii.

Ogólnie styczeń zleciał mi pod znakiem pracy i chodzeniem na basen co drugi dzień. Basen był moim postanowieniem noworocznym i szło mi bardzo dobrze do czerwca. W tym roku ponownie zaczynam pływanie. Trzymajcie kciuki.
W Anglii nie ma zimy, jest tylko chłodniejsza wiosna dlatego o każdej porze roku można pojechać nad morze. Na południu Anglii znajdują się moje ukochane klify, które mogłabym odwiedzać codziennie. Pojechałam na klify w Seven Sisters na jeden dzień, musiałam wyrzucić trampki i kupić kalosze ale nigdy nie zapomnę tego dnia.

DSC08747DSC08708-2mix1 eastbourne 140
Luty/ February
 
W lutym weekendy zleciały mi na oprowadzaniu znajomych, którzy przyjechali do Londynu. Byłam też na tydzień w Polsce ponieważ w Anglii były ferie zimowe. Po powrocie chodziłam po budzącym się do życia Wimbledonie i podziwiałam okolice. Wimbledon to mój dom od 8 lat. Jeśli kiedyś kupię sobie dom, to będzie to właśnie tam.
Wimbledon Village 147Wimbledon Village 015wwww
Marzec/ March
 
Marzec był jednym z lepszych miesiący mijającego roku. Po pierwsze 6 marca były moje urodziny (drugie, które spędziłam mieszkając w Londynie) a po drugie przez cały marzec w Londynie była moja siostra z chłopakiem. Przyjechali na stypendium i nareszcie miałam okazje pokazać im mój Londyn. Każdy weekend spędzaliśmy razem chodząc po Londynie. Brick Lane, fish and chips, St Patrick’s Day, rejs po Tamizie, obowiązkowa wycieczka na klify (po raz drugi) a z okazji ich trzydziestych urodzin lecieliśmy małą awionetką nad Londynem. Taki lot to coś czego nie da się opisać, trzeba to przeżyć.
AAA 42914.1AAA 678SevenSisters 983SevenSisters 746zzzSkly Fly 201IMG_5286IMG_5191 Kwiecien IMG_8939kaukaz 500kaukaz 502kaukaz 66314.714.8collagennIMG_8652IMG_8814 14.6 Maj 14.2 Czerwiec selfie renatoNewlandPark2014 737NewlandPark2014 278IMG_0916 Lipiec Thames River Walk 117IMG_3863IMG_4045ess 3ascot 2014 1476 Sierpien Goodbye London 095Goodbye London 02514.414.9IMG_6307IMG_6382IMG_6508IMG_6692IMG_6704IMG_6784IMG_7308collagegg Wrzesień IMG_7563IMG_7617IMG_7659IMG_7771IMG_8046IMG_8003IMG_877114.5IMG_9675 Pażdziernik IMG_0275 Grudzień Estonia estonia 1

InterRail 2014 Barcelona photos

Posted on December 23, 2014

IMG_57n03
Z San Sebastian przejechałam do Barcelony. Pogoda nie rozpieszczała, było parno ale pochmurno.  Przyjechaliśmy wieczorem a pierwsze zdjęcia zrobiłam dopiero na drugi dzień. Zaraz obok hostelu jest  Mercado de Boqueria gdzie poszliśmy poszukać czegoś na śniadania. Na początek dużo porcja zdjęć z targu a następnie piękna i gorąca Barcelona. Po opis mojego krótkiego pobytu w stolicy Katalonii odsyłam tutaj.
IMG_5635ir6IMG_5620IMG_5626ir5IMG_5628IMG_5634 IMG_5638IMG_5639IMG_5640 ir7 ir8
IMG_5652IMG_5654ir10IMG_5670IMG_5676ir9IMG_5689IMG_5693IMG_5703ir11IMG_5716IMG_5719IMG_5729ir14IMG_5743ir13IMG_5765IMG_5759ir12ir15ir16IMG_5796IMG_5803IMG_5806IMG_5816IMG_5829IMG_5836IMG_5841IMG_5846IMG_5851

InterRail 2014 San Sebastian photos

Posted on December 23, 2014

Od dzisiaj na blogu pojawiać się będą fotorelacje z mojego powrotu z Anglii do Polski na przełomie sierpnia i września. Przejechałam pociągami z domu w Londynie do domu w Olkuszu i ta podróż była moją przeprowadzką do Polski po roku mieszkania w Anglii. Zajeło mi to 19 dni i przejechałam przez 8 państw z jednym małym plecakiem i torbą.
Powody, dla których wracałam pociągiem opisane są tutaj.
Ostatni dzień w Londynie, przygotowania do wyjazdu i przejazd przez Francje tutaj.
Opis pierwszych dni, które spędziłam w San Sebastian tutaj.

IMG_5445IMG_5443IMG_5451IMG_5455IMG_5458IMG_5475Ir1IMG_5477IMG_5480
ir4 ir2IMG_5529IMG_5533IMG_5536IMG_5539IMG_5566IMG_5569IMG_5576IMG_5582IMG_5590IMG_5614

Troodos i Pafos ostanie dni na Cyprze

Posted on December 22, 2014

Ten wpis będzie ostatnim wpisem z mojego wyjazdu na Cypr. Powiem szczerze, że od początku nastawiałam się na nicnierobienie przed tydzień. Pierwszy raz wyjeżdżając gdzieś nawet nie sprawdziłam gdzie tak naprawdę jadę i co tam mogę zobaczyć. Chyba miałam potrzebę zwykłego wakacyjnego lenistwa. Wiedziałam, że jadę do siostry, że jest plaża, będą jej znajomi, z którymi miałam kiedyś przyjemność mieszkać wiec tak naprawdę, nie miałam się czym przejmować.

Po pierwszym dniu, który spędziłam w Pafos, moje myśli zaczęły wariować i po raz kolejny uświadomiłam sobie dlaczego nie jeżdżę na all inclusive. Ja po prostu w jednym miejscu nie wytrzymam dłużej niż dwa dni. Maks trzy. Na szczęście znalazła się ekipa ale o tym możecie przeczytać we wcześniejszych wpisach tu i tu. W tym wpisie w skórcie przedstawie ostatnie dni mojego pobytu na Cyprze.

IMG_9358
Samochód wypożyczyliśmy na trzy dni dlatego zaplanowaliśmy trzy wyjazdowe wycieczki. W ostatnim dniu pojechaliśmy w góry Troodos. Cypr jest idealny dla szukających mocnych wrażeń i pięknych widoków. Morze, plaża oraz góry i lasy (prawie jak Polska) i to wszystko na malej wysepce. 
 
IMG_9311IMG_9325t4
W górach w planie było dojście do wodospadu. Podzieliliśmy się na dwie grupy. Janek z Wawrzyńcem wręcz pobiegli do przodu a ja z Joanną spokojnie szłyśmy za nimi. Po godzinie zrobiło się chłodno (byliśmy jednak wysoko w górach) a wodospadu ani widu ani słychu. Zresztą chłopaków też już dawno straciłyśmy z oczu. W końcu naszym oczom ukazał się wodospad. Porobiłyśmy zdjęcia i zdecydowałyśmy wracać już do auta. Przy aucie czekałyśmy jeszcze na chłopaków ponieważ okazało się, że nasz wodospad to nie był tego, do którego miałyśmy dojść. Chłopcy do niego doszli a my znalazłyśmy jakąś dziurę w skale.
IMG_9386
IMG_9438IMG_9373 IMG_9521

W drodze do domu postanowiliśmy pojechać w miejsce, które poleciła nam moja siostra. Podobno jest gdzieś most wenecki, bardzo stary i piękny. Podobno. Joanna została w aucie a ja z chłopakami udaliśmy się w poszukiwaniu mostu. Po dwóch godzinach błądzenia w lesie musieliśmy zawrócić.

_DSC2107t3 t1t2
Samochód mieliśmy tylko na trzy dni, więc pozostałe dwa spędziliśmy w Pafos i okolicy. Poszliśmy pozwiedzać Grobowce Królewskie a jedno popołudnie spędziliśmy na plaży Chciałam jechać do Nikozji ale byłam bardzo zmęczona, stwierdziłam że jeszcze wrócę na Cypr i wtedy pozwiedzam turecką cześć wyspy.
IMG_9609IMG_9600IMG_9595IMG_9624
IMG_9636
_DSC2168 IMG_9687 IMG_9791IMG_9798

Cypr jest mały ale bardzo piękny. Na pewno jeszcze kiedyś chętnie tam wrócę, nie wiem czy uda się w przyszłym roku bo wakacje mam już prawie zaplanowane. Ale nigdy nie mów nigdy bo kto wie czy znowu nie kupie biletów na tydzień przed wylotem. Jedzenie pyszne, pogoda idealna a do tego na mojej skórze pojawiła się opalenizna, która trzyma się do dzisiaj 🙂

IMG_9678IMG_9674

Zdjęcie poniżej to sposób, dzięki któremu udało nam się słuchać relacji z półfinału mistrzostw świata w siatkówce. W domu nie było internetu, w knajpach nie było transmisji więc jedyną szansą była “kradzież” wifi z restauracji na parterze. Jedynie mój telefon złapał sieć i żeby było głośniej wsadziliśmy go do garnka tworząc głośnik. Panowie przeszli do finału i na finał całą grupą poszliśmy do knajpy, gdzie poprosiliśmy i transmisje.

IMG_9717

A camel lady Robyn Davidson

Posted on December 19, 2014

Jeśli ktoś myśli, że ciągle gdzieś wyjeżdżam, przemieszczam się lub zmieniam miejsce zamieszkania to jest w błędzie. Są takie dni a nawet miesiące kiedy przebywam w jednym miejscu i prowadzę życie przysłowiowego świstaka. W tym okresie skupiam się na tym co jeszcze mogę zobaczyć, gdzie pojechać, przeszukuje internet, przeglądam blogi, sterczę w księgarniach szukając ciekawych książek. Ostatnio uświadomiłam sobie, że trochę się uzbierało tych moich inspiracji i od czasu do czasu będę się dzielić nimi.

Dzisiaj napiszę o filmie, który wreszcie obejrzałam a czekał na mnie ponad trzy tygodnie. Oglądałam go wczoraj i dzisiaj przez cały dzień nie mogłam przestać o nim myśleć. Film Tracks opowiada historię kobiety, która w towarzystwie czterech wielbłądów i psa przeszła z Alice Springs do Oceanu Indyjskiego.

Historia ta wydarzyła się naprawdę. W 1977 Robyn Davidson wyruszyła z Alice Springs i przeszła 1700 mil aż do oceanu. Zanim wyruszyła, przez dwa lata pracowała na farmie wielbłądów, aby nauczyć się opieki i życia z nimi.  Zgodziła się opisać  swoją podróż dla National Geographic a fotograf Rick Smolan odwiedził ją trzy razy w ciągu jej 9 miesięcznej podróży. Po jakimś czasie znana była jako Camel Lady, jej artykuł stał się bardzo popularny i Robyn napisała książkę, w której opisała całą podróż.
 
Dlaczego polecam wam ten film? Ponieważ idą święta i zamiast po raz kolejny uciekać z Kevinem przed złodziejaszkami można udać się do ciepłej Australii. Australii, która pokazana jest w przepiękny sposób a o wielbłądach można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy. Piękne kadry, muzyka oraz genialna Mia Wasikowski, która wciela się w Robyn.
 
Coraz częściej sięgam o filmy i książki o Australii ponieważ bardzo powoli przygotowuję się do mojej podróży do kraju kangura i misia koala. W t 2015 roku niestety marzenie się jeszcze nie spełni i pozostaje mi spędzić go w towarzystwie moich australijskich przyjaciół słuchając historii, o kraju down under...
 
Poniżej zamieściłam zdjęcia autorstwa Ricka Smolana a na końcu trailer do filmu. Jeśli chcecie poczytać więcej o Robyn odsyłam was do artykułu na National Geographic, który opisuje historie i film oraz do niezawodnej wikipedii.
 
BlfuxeHIAAM9c8b.jpg-medium
1408353321079_wps_37_UNSPECIFIED_AUSTRALIA_JAN
20140919-tracks-022e329_1408353161353_wps_20_UNSPECIFIED_AUSTRALIA_JAN national-geographic-may-1978-rick-smolan-2-3-2

Poniżej trailer do filmu, zdjęcie Robyn Davidson i Mii Wasikowskiej na planie filmu oraz mapa z trasą, którą pokonała Robyn  w 1977. Jeśli nie przekonałam Was do obejrzenia filmu to zachęciam do przeszukania internetu i obejrzenia zdjęć w wyprawy.

Robyn-Davidson-with-Mia-Wasikowska-on-set-of-Tracks140519145329-tracks-map-leading-women-story-top

Following Aphrodite in Cyprus

Posted on December 4, 2014

Trzeciego dnia obudziłam się dosyć wcześnie i powodem wczesnej pobudki nie było słońce, tylko deszcz. Deszcz, którego miejscowi nie widzieli od początku lata. Nie był to zwykły ciepły letni deszcz. Była to okropna ulewa o 7 nad ranem, po której ulicami płynęła rzeka a moja siostra miała niezapowiedziany dzień wolny, ponieważ cała ceramika i wykop były zalane.

Podniosłam się z materaca na balkonie, odsunęłam kawałek prześcieradła z balustrady (które powiesiłam specjalnie po to, żeby słońce nie parzyło zaraz po tym jak wstanie) i moim oczom ukazały się chmury. I nie było to piękne, błękitne śródziemnomorskie niebo z paroma chmurkami. To było całkowicie zachmurzone niebo, które dobrze znałam z Anglii i o którym tak bardzo chciałam zapomnieć. Nie było mowy o ponownym zaśnięciu, poleżałam chwile, sprawdziłam w przewodniku gdzie dokładnie planowaliśmy jechać i zaczęłam się szykować do wyjazdu. Zanim wyruszyliśmy, razem z Joanną i Jankiem poszliśmy na spacer na plaże w Paphos. Morze wzburzone, duże fale, na brzegu pełno wodorostów wyrzuconych przez morze i bardzo i silny wiatr. Plażowanie nie wchodziło w grę dlatego porobiliśmy zdjęcia i wróciliśmy do domu po auto.

W planach mieliśmy przejechać wzdłuż wybrzeża na południe od Paphos aż do Kourion. Tego dnia musieliśmy wrócić dosyć wcześnie, ponieważ wieczorem zaplanowane było wyjście na meze (typowa cypryjska kolacja, mnóstwo różnorodnych potraw). Jadąc na południe wzdłuż wybrzeą słońce świeciło nam w oczy a ja pierwszy raz zobaczyłam prawdziwy, turkusowy kolor morza.

Pierwsze miejsce, które odwiedziliśmy to park archeologiczny z bardzo dobrze zachowanymi zabudowaniami miasta Kurion. Dla mnie czarna magia bo wszystkie ruiny, kolumny, murki i kamyczki wyglądały tak samo. Dla Janka, Wawrzyńca i Joanny to “archeologiczne siódme niebo”. Przez pierwszą godzinę chodziłam z nimi, po godzinie za nimi, a na końcu położyłam się na murku i zaczęłam opalać bo słońce dało mi w kość. Skupiłam się też na tym co najbardziej mnie cieszyło czyli wspinaniu na wszystkie górki i murki.

Po wyjściu z parku nadeszła wyczekiwana przeze mnie chwila przerwy na plaży. Woda była bardzo ciepła i chyba z cztery razy wchodziłam do wody co się żadko zdarza, bo  nie często mam okazja wchodzić do wody z czystą przyjemnością.  Po kilku godzinach na słońcu przypomniałam sobie, że to że wieje w miarę ostry wiatr nie oznacza, że słońce mnie nie spali.  Skutki tego odczułam dopiero po powrocie do Polski ściągając skórę przez kilka dni.

W drodze do domu podjechaliśmy jeszcze do zamku w Kolossi, przejechaliśmy przez brytyjską bazę wojskową Akrotiri. Teren ten nie należy do Cypru tylko jest jednym z dwóch zależnych terytoriów zamorskich Wielkiej Brytanii. Przez kilka kilometrów czułam jak się w Anglii: angielskie domki, pasy na drodze, znaki drogowe, słupki przy poboczach. Wszystko by się zgadzało tylko temperatura i kolor morza nie pasowały do tych, które znam z Anglii. Udało mi się tylko zrobić dwa zdjęcia ponieważ spieszyło nam się na plaże Afrodyty, żeby zdarzyć przed zachodem słońca.

Petra tou Romiou to miejsce, w którym narodziła się Afrodyta. Tak przynajmniej głosi legenda. Na piasku pełno jest serce ułożonych z kamieni, zakochanych par robiących sobie romantyczne zdjęcia a my trafiliśmy też na sesję ślubną. Słońce szybko zaszło a my musieliśmy wracać do domu ponieważ wieczorem czekało nas wyjście na meze.

IMG_8749IMG_8794IMG_8771IMG_8758c1IMG_8793IMG_8804IMG_8817IMG_8820IMG_8822IMG_8851IMG_8853c2IMG_8914IMG_8917c3IMG_8950_DSC1873c8IMG_9190
Jedyne grupowe zdjęcie naszej objazdowej ekipy.
IMG_9015IMG_9166c5c9IMG_9262IMG_9285c6_DSC2069

Exploring ancient Cyprus

Posted on November 26, 2014

InMG_8537

Wracając do hostelu po kolejnej “imprezowej” nocy w portugalskim Lagos, zaczęłam zastanawiać się jak dokładnie będzie wyglądało moje życie po powrocie do Polski na stałe. Przez ostatni rok odwiedziłam Polskę bardzo często, jednak dom miałam w Anglii. Leżąc na łóżku i gapiąc się w szary sufit, przypomniałam sobie o moim pierwszym pomyśle co zrobić po szkole letniej w Anglii. Bardzo chciałam lecieć na Cypr do mojej siostry. Nie czekając na wschód słońca, wysłałam nad ranem sms do siostry, pytając czy mogę przyjechać i po 24 godzinach miałam na mailu rezerwacje na lot do Paphos. Siedem dni we wrześniu na Cyprze, gdzie słońce parzy a woda w morzu jest goraca jak zupa to idealny plan na zakończenie moich rocznych wyjazdów.
Przyleciałam późno w nocy, przywitałam się ze wszystkimi i od razu poszłam spać. Moje miejsce do spania było na balkonie, na materacu i było to najlepsze miejsce do spania o jakie mogłam poprosić. Spędziłam 7 dni pod gołym niebem. Problem byl taki, że słońce już o 7 rano parzyło tak, że musiałam wstawać i uciekać do cienia, którego było jak na lekarstwo. Szybko okazało się, że są jeszcze trzy osoby, które tak jak ja przyleciały na tydzień i planują zwiedzać południowy Cypr. Nie czekając długo, zapytałam czy mogę dołączyć i takim sposobem spedziłam tydzień z Joanną, Jankiem i Wawrzyńcem, którzy sa archeologami i bardzo duzo wiedzieli o Cyprze:)

One night in Lagos, on my way back to the hostel, I started thinking how my life was going to look like after I definitely move back to Poland. In the past 16 months I have visited Poland many times but my home was in England. Lying on the bunk bed, I started thinking of the first option I had for the after-summer-school-trip. The plan was to visit my sister in Cyprus so I didn’t wait for the sun to come up and I sent a txt message asking if I still could come. Within 24 hours I had a booking confirmation for a return flight to Paphos, where the sun is burning and water in the sea is hot as a freshly made soup. My plane landed late at night and my sister’s friend picked me up from the airport. My “bed” for next seven days in Cyprus was a mattress on one of the balconies and I have to admit I couldn’t have asked for more. The one thing I didn’t “like” about my bed was the sun that started shining right at my face early in the morning…at 7 am I had to run to look for some shade. Next day I found out that there were also three people who came to visit and wanted to explore Cyprus by car. I asked them if I could join… and this is how I ended up exploring Cyprus with three crazy archeologists who knew a lot about ancient cultures and stuff.
Cyprus 4Cyprus 1
Pierwszego dnia pojechaliśmy zobaczyć Łaźnie Afrodyty, która okazała się czymś w stylu większej i głębszej kałuży, pełnej rosyjskich postaci a przede wszystkim rosyjskich dam, ubranych jak kolorowe papupgi i pozujących niczym kąpiąca się Afrodyta. Dobrze, że takie przypadki dzieją się teraz bo inaczej trzeba by było pisać mitologie od nowa. Uciekliśmy szybko z tego turystycznego cyklonu i poszliśmy pochodzić po Parku Narodowym Akamas. Szliśmy kilka godzin wzdłuż wybrzeża, zatrzymując się co chwilę na zdjęcia. Zajęło nam to wszystko nieco dłużej niz planowaliśmy i w połowie drogi zawróciliśmy.

On the first day of our trip we decided to go to the Akamas Panisula and explore the national park. At first we visited Baths of Aphorodite which to me looked more like a pond full of Russian ladies pretending to be an Aphrodite. As soon as we realised what was going on, we ran away and started a four hour walk in the national park. We were walking alongside the cliffs trying to take the best shots. As we had photo breaks every 15 minutes, we didn’t do what what we planned and had to turn back after three hours, so we didnt’t have to skip dinner.
Cyprus 3

Pan, który oferował przejażdzki na osiołku na szczeście nie miał wielu chętnych.
Luckly a man who offered a donkey ride didn’t have a busy day.
IMG_8482IMG_8544_DSC1745IMG_8568Cyprus 5Cyprus 14
Dla takich widoków warto było nosić w torbie kilka butelek wody, umierać z pragnienia i przekonywać siebie co chwilę, że nie warto skakać do wody.
Every minute of me sweating, swearing and trying not to jump into that blue water was worth suffering as I knew there was an awful weather waiting for me in Poland.

Cyprus 9 Cyprus 11Cyprus 10Cyprus 2_DSC1765
Pojechaliśmy do Polis na obiadokolacje, do portowej knajpy poleconej przez naszych znajomych. Jedzenie przepyszne, świeże ryby, piękne widoki, doborowe towarzystwo i nareszcie mogłam mówic po polsku.  Oczywiście było wiele językowych wpadek, kiedy to bardzo chciałam coś powiedzieć  wychodził z tego angielsko-polski niezrozumiały bełkot.

We drove to Polis to have late lunch/early dinner in a restaurant recommended by our friends. I didn’t remember when was the last time I had such a tasty and freshly made fish. Couldn’t ask for more: fantastic people, beautiful views and an off season harbour. I was happy as I could finally speak Polish but made many stupid mistakes and sometimes people couldn’t understand what I wanted to say so I had shut up. Life.
IMG_8593Cyprus 8

Planowaliśmy nie wracać do domu tylko spać na plaży, na której w nocy wykluwają się żółwie dlatego chcieliśmy zdarzyć przed zachodem słońca, żeby rozbić nasz obóz. W drodze na plaże przejeżdżaliśmy przez góry, które o zachodzie słońca aż prosiły się o zdjęcia.
The plan was to sleep on the beach as this was the hatching period for turtles. We wanted to get to the beach before the sunset so we could find a perfect spot for campig. As we were driving through mountains we couldn’t just pass by. I wanted to stop, take some photos and enjoy the view. I didn’t have to bag long for a break.
Cyprus 7_DSC1778
Travel while you’re young and able. Don’t worry about the money, just make it work. Experience is far more valuable than money will ever be.IMG_8573IMG_8581IMG_8620 IMG_8640_DSC1782Dojechaliśmy na plażę Lara po zachodzie słońca. Rzuciliśmy wszystkie nasze szpargały i pobiegliśmy się kapać. W oddali zaczęło się błyskać, zerwał się silny wiatr ale my cały czas byliśmy dobrej myśli.. aż do momentu, kiedy pan pilnujący plaży powiedział, że nikt nie może przebywać na niej od zachodu do wschodu słońca ponieważ żółwie muszą mieć święty spokój. Posiedzieliśmy jeszcze chwilę, po zmroku zeszliśmy z plaży a potem szukaliśmy auta w ciemnościach przez pół godziny.
We got to the Lara Beach right after the sunset so we dumped our stuff on the sand and ran to the sea for a short swim. We could hear thunders and feel the strong wind but decided to be brave …and so we were until a man, who looks after the eggs, came to tell us that no one can stay on the beach between the sunset and the sunrise since baby turtles can’t be stressed out but people…We stayed on the beach until we were dry, packed up and started looking for a car which was parked in the bushes.
Cyprus 6IMG_8731IMG_8649
Wrócilismy do domu późno w nocy, poszliśmy spać żeby rano móc wstać i kontynuować naszą podróż.
We got home late at night ready to go to sleep and continue out trip next day.
IMG_8688

Mieszkam w Polsce i co teraz?

Posted on September 25, 2014

       Nie twierdzę, że powrót do Polski był łatwy. Nigdy nie jest. Przed wakacjami prawie pojawiło się światełko w tunelu i szansa na przedłużenie mojego żywota w Londynie ale w wakacje nastąpiła szybka weryfikacja planów i pogodziłam się z tym, że wracam. Od samego początku mój plan zakładał wyjazd do Anglii na rok i w moim przypadku dobrze trzymać się założonego planu. Jeśli zdecydowałabym się zostać w Anglii to nie wiadomo na jak długo.
 
I mogłabym żyć w zawieszeniu przez następnych kilka lat. Wyjazd na Wyspy był małą częścią  marzenia i krokiem do realizacji  mojego planu  o własnej szkole językowej, dlatego muszę się go trzymać.
 Po powrocie do Polski miałam tylko jeden tydzień na załatwienie wszystkich spraw zanim poleciałam na Cypr. Najpierw w sobotę odbyło się wesele kumpla i była to idealna okazja do spotkania wszystkich znajomych i degustacji polskich specjałów kulinarnych. W niedzielę wyjechałam do Warszawy na tydzień: najpierw miałam rozmowę kwalifikacyjną  o pracę, później złożyłam dokumenty na studia a na koniec czekała mnie wyprawa do IKEI i dokupienie kilku gadżetów ,bo w pokoju M było zdecydowanie za mało miejsca na moje graty. W środę dostałam dwa dobre maile: dostałam pracę i dostałam się na studia.
 
                             

 

1.10  zaczynam pracę jako lektor języka angielskiego w szkole językowej na Sadybie, a 4.10 mam pierwszy zjazd na studiach magisterskich. Jeśli wszystko dobrze pójdzie to za dwa lata będę magistrem filologiiangielskiej. Ale dwa lata to sporo czasu.. Wg planu, w październiku mam trzy zjazdy więc jeden wolny weekend wykorzystam na odwiedziny Londynu. Spotkałam się też z moją przyjaciółką Olą i to był bardzo dobry wieczór zapowiadający częstsze kontakty, bomieszkamy w tym samym mieście (kolejny raz).  W weekend poszłam na spotkanie blogerów podróżników i przez 9 godzin słuchałam niesamowitych historii i przygód. Postaram się zrobić osobny wpis z samego wydarzenia.  
 
                             

 

W Olkuszu byłam jeden dzień, który spędziłam na układaniu rzeczy w moim pokoju. W kartonach i reklamówkach są wszystkie rzeczy, które przywiozłam przed wyjazdem do Londynu a które zgromadziłam mieszkając 7 lat w Krakowie i rzeczy z trzech 30kg paczek, które wysłałam kurierem do Polski (wszystko co udało mi się zgromadzić przez rok pobytu w Londynie ). Udało mi się dostać do wykładziny, teraz muszę to wszystko posegregować i wybrać rzeczy, które zabiorę do Warszawy. Przede mną ostatni tydzień na południu przed oficjalna przeprowadzką do stolicy. I zanim wyjadę czeka mnie tydzień spotkań ze znajomymi 🙂
                             

 

Ostatnia prosta czyli powrót z Niemiec do Polski

Posted on September 24, 2014

Dziewiętnasty i zarazem ostatni dzień mojej podróży spędziłam w pociągach, pokonując trasę z Bremen do Olkusza. Zajęło mi to dokładnie 13 godzin, jechałam czterema pociągami i odwiedzilam 5 dworców. Musiałam wstać o 4:30 żeby nie spóźnić się na pociąg. Ostani dzień miałam zaplanowany co do minuty jeszcze zanim wyjechałam z Londynu. Musiałam mieć pewność, że dojadę do Olkusza bo w sobotę szlam na wesele kumpla i nie mogłam się spóźnić lub wsiąść do następnego pociągu. 
 
Wyszłam z domu trochę po 5 nad ranem,  było jeszcze ciemno ale cały czas bardzo ciepło. Dla Niemców był to ostatni dzień przed weekendem a dla mnie ostatni dzień podróży. Czekając na przystanku na tramwaj, przyglądałam się ludziom stojącym w okół mnie i doszłam do wniosku, że nie ma znaczenia z jakiego kraju pochodzisz i ile zarabiasz: każdy oddał by wszystko za dodatkową godzinę snu. Na dworcu mijałam ludzi jadących do pracy, na wakacje, na lotnisko. Wsiadłam w pociąg do Hamburgu, w którym wszyscy smacznie spali. To była tylko godzina, nie mogłam zasnąć mimo, że spałam tylko kilka godzin. W Hamburgu miałam 30 minut na przesiadkę, poszłam do kawiarni na dworcu i dokupiłam do mojego prowiantu dwie świeże kanapki i dużą herbatę z mlekiem. Była to pierwsza herbata od wyjazdu z Anglii i to był znak, że to koniec ciepłych dni i chłodzenia się zimnymi napojami. Przede mną kilka miesięcy chłodu, deszczu a potem mrozu i śniegu.
 
                               
Pociąg relacji Hamburg- Wrocław Główny czekał na stacji a ja szukałam mojego wagonu. Oczywiście trafiłam do polskiego wagonu, starego open space i moje plany spania na 4 siedzeniach legły w gruzach. Miałam do dyspozycji dwa stare fotele i z każdego uśmiechał się do mnie Robert Lewandowski reklamujący tmobile. Zrobiłam sobie małą bazę, powiesilam mokry ręcznik, zwinęłam bluzę w kulkę, złożyłam nogi do pozycji embrionalnej i poszłam spać. Udało mi się przespać kilka godzin i nawet nie przeszkadzali mi Niemcy, ktorzy co chwilę szukali swojego miejsca. Co z tego, że pół wagonu wolnych miejsc- Niemiec ma numerek i musi usiąść na swoim miejscu. Po przebudzeniu zaczęłam kręcić przeróżne pociągowe ujęcia do mojego filmu. Czytałam na zmianę dwie książki, prostowalam nogi, wyglądałam przez okno a po przekroczeniu granicy dostałam szału i chciałam wysiadać.
 
Mój bilet InterRail był ważny w całej Europie oprócz Polski dlatego na odcinek w Polsce musiałam kupić bilet. Pan Konduktor w bardzo niegrzeczny i nieprzyjemny sposób zaczął mnie uświadamiać, że mam zły bilet, że pierwszą stacją w Polsce są Zasieki, żę jestem oszustką i mam płacić karę. Nie wytrzymałam nerwowo i zaczęłam płakać bez żadnego komentarza. Jeździłam przez trzy tygodnie po rożnych krajach, różnymi pociągami, spotkałam przeróżnych konduktortów i akurat ten typ w Polsce musiał przypomnieć mi dlaczego nie chciałam wracać. Zapłaciłam karę i zadowolony koleś odszedł a ja płakałam jeszcze z 30 minut.
 
                       
We Wrocławiu czekała na mnie kolejna “niespodzianka”. Poszłam do kiosku po polską prasę, coś do picia i jedzenia. Podaję pani kartę a ona mi mowi, że terminal powiedział jej, że ma zatrzymać moją kartę. Wywaliłam oczy i pytam dlaczego. Pani nie wiedziała dlaczego, powiedziała ze takie są procedury i dla mojego bezpieczeństwa musi zatrzymać kartę a ja mam zadzwonić na infolinię. Recę mi opadły, zrobiłam sie czerwona z nerwów i zapytałam stanowczo w jaki sposób mam być bezpieczna bez pieniędzy i dostępu do konta w piątek o 16 gdy za 10 minut mam pociąg do Katowic. Pani zawołała szefową, ludzie w kolejce za mną stanęli w mojej obronie. Na nic zdały się moje tłumaczenia, że nie mieszkam w Polsce, nie mam telefonu i to są moje jedyne PLNy. Szefowa chyba zrozumiała, że sytuacja jest co najmniej dziwna. Złapała za telefon i zadzownila na infolinię. Tam dowiedziałam się, że w grudniu moja karta została zgłoszona jako kradziona i została zablokowana. Dobrze, że miałam angielską.
 
 

W pociągu do Katowic siedział ze mną w przedziale emerytowany kolejarz, który zjeździł całą Europę pociągami. Opowiadał mi jak to było podróżować i przede wszystkim planować bez internetu, komórek ale za to ze stałym dostępem do biblioteki. W Katowicach kupiłam bilet do Olkusza na pociąg, który odjeżdżał szybciej niż myślałam. Bilet kosztował całe 6 złotych dzięki czemu zostało mi jeszcze dwa. Pani w okienku dała mi karte sim z dostępem do internetu i to chyba było wszystko czego było mi trzeb na koniec dnia. Odnalazłam peron numer dwa, weszłam po schodach i moim oczom ukazał się on: stary osobowy skład, którym jak byłam mała, jeździłam do babci do Tychów a w licuem do Katowic i Sosnowca. Nie zmieniło się kompletnie nic. Kilka starych wagonów całych w grafitii a w środku kilka panowie zmęczeni po pracy popijający wódeczkę i wznoszący toasty co 15 minut. Pociag dojechał do Olkusza punktualnie a na peronie czekała na mnie siostra. W domu za to czekali rodzice i bigos, pasztet i cała masa polskich smakołyków. Home sweet home. 

 
                             
                             

 

12 godzin w Niemczech- Bremen

Posted on September 15, 2014

Tak jak się umawialiśmy, Philip czekał na mnie na dworcu. Nie miałam najmniejszych problemów ze znalezieniem go, bo Philip ma 2m wzrostu. Od razu przeszliśmy w stronę rzeki a po drodze Philip pokazał mi najważniejsze miejsca w centrum. Bremen to bardzo piękne miasto, najbardziej spodobała mi się architektura no i pogoda, która mnie nie zawiodła ani razu.
 
Przy rzece w Bremen jest pełno fajnych knajp, wybraliśmy tę najbliżej wody i zaczęliśmy nadrabiać zaległości. Philip będzie się teraz bronił, też będzie nauczycielem tak jak ja.Opowiedziałam mu o mojej podróży i o planach na przyszłość. Philip zaproponował grilla u niego w mieszkaniu, uprzedził swojego współlokatora, że przyjdę z nim i że trzeba będzie mówić po angielsku. Podjechaliśmy do sklepu, ja tramwajem a Philip rowerem, Philip kupił: kiełbasy, steki, kapustę, tztatziki, chleb czosnkowy i lokalne piwo. Prawdziwy niemiecki posiłek. W Anglii przestałam jeść mięso ale tej uczty nie mogłam i nie chciałam sobie odmówić. 
 
Philip mieszka w domu, który podzielony jest na 4 mieszkania. On i jego dwójka współlokatorów mieszkają na parterze i z pokoju Philipa wychodzi się do ogrodu. Klemens, współlokator Philipa, przygotował grilla więc w 20 minut wszystko było gotowe. Był to mój pierwszy grill chyba od roku bo w Anglii ani razu nie robiłam grilla. Jadłam wszystko co było mi podawane na talerz, najbardziej smakowała mi kapusta. Nie jadłam kapusty ponad rok i ta była najlepsza, jaką mogłam sobie wymarzyć.  Po naszej uroczystej kolacji na stół wjechały małe buteleczki lokalnego piwa. Siedzieliśmy do 23.00 rozmawiając o wszystkim. Ustaliliśmy, że musimy się spotkać w trójkę, jeszcze z Tristanem (Francuz, który mieszkał ze mną w Krakowie i był na wymianie wtedy, co Philip). Oni już się już parę razy widzieli, ja niestety, co jestem we Francji to Tristana nie ma. Ale plan jest, żeby spotkać się razem i to jak najszybciej. Stwierdziliśmy zgodnie z Philpem, że chętnie odwiedzimy Tristana w Paryżu.
 
Przed snem spisałam adres Philipa i poprosiłam, żeby podpisał się na widokówce do mojego domu (starałam się wysyłać kartki do domu z każdego miasta, które odwiedziłam). Philip uczył się polskiego i napisał wiadomość po polsku. Padłam. Napisał też specjalne życzenia dla mojej mamy, do dzisiaj pamięta o roladach, które zrobiła moja mama a ja zostawiłam mu kilka, żeby się poczęstował. Zapadły mu w pamięć  jak widać.
 
Musieliśmy się pożegnać przed snem bo ja musiałam wstać o 4:30 żeby zdążyć na pociąg o 5:55. Byłam w Bremen mniej niż 12 godzin ale ten czas spędziłam bardzo miło.
Nie widzieliśmy się dokładnie dwa lata a rozmawiało nam się jakbyśmy widzieli się wczoraj. Tym razem nie będziemy czekać tak długo ze spotkaniem. Na pewno.

Północna Holandia- Friesland

Posted on September 15, 2014

Mój pociąg przyjechał punktualnie a Ilse czekała już na peronie. Nie widziałyśmy się dokładnie rok, ponieważ w wakacje Ilse nie przyjechała do Ascot dlatego dwa dni, które miałam spędzić w Holandii, były idealne żeby nadrobić zaległości. Przeszłyśmy na nogach do jej mieszkania w samym centrum Leeuwarden, rzuciłam moje toboły w pokoju, który przygotowała dla mnie Ilse (pierwszy raz od dwóch tygodni miałam pokój dla siebie, z  wielkim dmuchanym materacem, nikt nie chrapał, nikt nie śmierdział i nikt nie wstawał wcześniej niż ja. Bosko!)

Cały wieczór spędziłyśmy na balkonie pijąc wino i opowiadając najważniejsze ploteczki. Był wtorek, byłam zmęczona po intensywnym dniu a Ilse szła do pracy następnego dnia. Przed snem zapytałam jaki jest plan na jutro i Ilse przedstawiła mi dwie opcje z których mogę wybrać: wstać rano i pojechać z nią do szkoły na 8 rano do Gorredijk a po pracy  pozwiedzać okolicę albo  zostanę w domu i będę spać a popołudniu pochodzimy po Leeuwarden. Odpowiedź była tylko jedna i padła dosyć szybko: jadę z Ilse!
Po siedmiu godzinach snu budzik zadzwonił o 6:30 a ja czułam jakbym spała tydzień. Wzięłam szybki prysznic, wybrałam z moich podróżniczych ubrań zestaw, który najbardziej nadawał się na wizytę w szkole. Wyjechałyśmy po 7 rano i jak kocham i uwielbiam Holandię to drogi to szkoły nie zapomnę nigdy. Przez 50 minut jazdy po lewej stronie wychodziło słońce a po prawej widziałam szerokie, płaskie pola pełne krów, owiec a czasem koni.To wszystko topiło się we mgle, która unosiła się nawet w okolicach szkoły. Coś pięknego. Nie wiedziałam czy patrzeć w lewo czy w prawo.
Do szkoły dojechałyśmy po 8 i zostało około 25 minut, żeby przygotować pierwszą lekcję.Ilse uczy WF i angielskiego i w planie miała pierwszy WF, potem przerwę i trzy lekcje angielskiego. Powiedziała, że bez problemu mogę z nią być na lekcjach i nikomu to nie będzie przeszkadzać. Zaraz po wejściu do szkoły spotkałyśmy dyrektora, któremu Ilsewytłumaczyła, że pracowałyśmy razem w Londynie i teraz ja odwiedzam, dlatego spędzę z nią dzień w szkole. Przywitałam się, przedstawiłam na co zachwycony dyrektor powiedział “piękny angielski akcent”. Po WF wszyscy nauczyciele mówili “to ta” lub “to ona” (Ilse mi przetłumaczyła) i wszyscy byli przejęci wizytą nauczycielki z Anglii (nikt nie wiedział, że jestem z Polski). W przerwie Ilse przygotowała lekcje angielskiego uwzględniająca native speakera ( czyli mnie) i oprowadziła mnie po szkole. Chodząc i przyglądając się dzieciom, pracy nauczycieli po raz kolejny uświadomiłam sobie, że lubię moją pracę, lubię uczyć i chyba chciałabym kiedyś popracować w Polsce w liceum albo gimnazjum. Może za rok się zdecyduję?
Lekcje angielskiego były bardzo ciekawe. Dzieci, które dopiero zaczęły uczyć się angielskiego, były bardzo podekscytowane i patrzyły na mnie jak na kogoś, kto przyjechał z daleka i jest inny. Ilse wymyśliła zadanie: ja miałam opowiadać o sobie, jak ma na imię, co robię, skąd jestem, gdzie mieszkam, ile mam rodzeństwa i czym się zajmuje. Ja mówiłam a dzieci musiały zapisać odpowiedzi. W sumie były do przeprowadzenia trzy lekcje i wyszło tak, że ja je poprowadziłam a Ilse tłumaczyła dzieci nie rozumiały. Najfajniej było jak mówiły do mnie po niderlandzku, bo skoro znam Ilse to muszę z nią jakoś rozmawiać.I pierwszy raz będąc w klasie i ucząc, dzieci nie mówiły do mnie Pani Daga, nie mówiły do mnie Miss Daga tylko Mehraw Daga.  
Nasze lekcje skończyły się po 14 wiec szybko zdecydowałyśmy, że jedziemy nad morze. Takiego prawdziwego morza z plażą we Fryzjii nie ma, ponieważ dookoła jest dijk (czyli grobla). Pojechałyśmy mimo wszystko nad morze do Lauwersoog zjeść rybę i pospacerować. Jadąc nad morze Ilse specjalnie wybrała trasę z pięknymi holenderskimi domkami i malowniczymimiasteczkami. Ilse zabrała mnie do małego portu, w którym jest mała restauracja dla lokalnych rybaków. Najlepsze ryby i frytki jakie jadłam. To jest jeden z powodów, dla których lubię odwiedzać moich znajomych i przyjaciół bo oni wiedza gdzie dobrze zjeść. Po naszym pysznym obiedzie poszłyśmy na spacer wzdłuż wału. Po zrobienie wystarczającej ilości zdjęć zdecydowałyśmy się wracać ,bo chciałam jeszcze zobaczyć Leeuwareden. Przyjechaliśmy do domu przed  18 i  udałam się do mojego pokoju na power nap (drzemkę). Musiałam się położyć bo oczy same mi się zamykały. 
 
 
                          

 

Po godzinie byłam gotowa do wyjścia. Najpierw pojechaliśmy do Albert Hijna zrobić małe zakupy. Chciałam kupić prowiant na piątek, mój ostatni dzień, który miałam spędzić w pociągu od 6 rano do 21 wieczorem. To była ostatnia okazja, żeby spokojnie nabyć wszystkie produkty, jakie były niezbędne to przeżycia całego dnia w pociągach. Kupiłam też kilkasłodyczy dla mojego przyjaciela Tomka: zawsze przywożę mu lokalne słodkości:) tym razem mam całą reklamówkę “łakoci i witamin” z mojej trzytygodniowej wyprawy. Tomek, szykuj się!
Zaczęło się ściemniać, więc szybko przeszłyśmy miasteczko i zaszłyśmy do ulubionej knajpyIlse. Piłam lokalne piwo i jadłam holenderski przysmabitterballen( małe klopsiki w panierce, polecam gorąco!)i kibbeling (kawałki dorsza w  panierce )  Po raz kolejny czułam się jak w Krakowie, to oznaczało, że dom jest blisko. Nie siedziałyśmy długo ,bo Ilse musiała iść do pracy na drugi dzień a ja musiałam się jeszcze spakować.
Rano Ilse podrzuciła mnie na dworzec w drodze do pracy. Na szczęście miała na 10:30 więc mogłam pospać dłużej. Mój plan dnia zakładał przyjazd do Niemiec, do Bremen ok 16.00 Musiałam tak czy tak przesiąść się w Gronignen ,dlatego zdecydowałam wyjechać wcześniej i mieć dwie godziny, żeby pochodzić po centrum. Piękne miasto, piękna jesień, piękne kanały, piękne rowery. Chodząc po centrum i gubiąc się co jakiś czas doszło do mnie, że jeszcze trzy dni temu byłam w Portugalii i chodziłam po gorącym piasku a teraz spojrzałam pod nogi i zobaczyłam suche, żółto-brązowe liście. Nie tylko zmieniały się kraje, zmieniały się też pory roku.
 
                        

 

Udało mi się trafić to starego antykwariatu, znalazłam regał z angielskimi książkami i wybrałam Nabokova na strawę duchową a dla ciała zjadłam wczesny obiad, kupiłam pocztówki i wsiadłam do pociągu do Bremen. Pożegnałam sie z Holandią i po 30 minutach widziałam i czułam, że jestem w Niemczech. Wystarczyła pierwsza stacja, żeby uświadomić sobie, że jestem w kraju, w którym wszystko chodzi jak w zegarku i każdy przestrzega najmniejszych zasad.

Belgijskie piwo, frytki i czekolada

Posted on September 15, 2014

Po czterech godzinach snu budzik zadzwonił o 6 rano. Było bardzo ciemno więc pomyślałam, że to jakaś pomyłka i poszłam spać dalej. Niestety, budzik zadzwonił po 10 minutach i to już nie była pomyłka tylko ostatnia szansa żeby wstać i wyrobić się na czas. Szybki prysznic, pakowanie plecaka od nowa (wszystkie ubrania czyste i pachnące!) i wyjście z domu na autobus na lotnisko. Akurat jak szliśmy na przystanek to wschodziło słońce. Sam śmiał się, że chciałam zobaczyć wschód słońca to mam.  Zjedliśmy szybkie śniadanie na lotnisku i przespaliśmy cały lot, co nawet było mi na rękę bo brak snu coraz częściej dawał o sobie znać.  

Na dworcu w Brukseli Sam zostawił bagaż w przechowalni i poszliśmy szukać knajpy, którąwybrał na spotkanie z Eline. Knajpa nazywa się Delirium’ i ma w ofercie ponad 4000 rodzajów piw. Ciężko było zdecydować, które wybrać. Elina przyszła punktualnie o 15.00, posiedzieliśmy chwilę przy piwie i musieliśmy się zbierać  z powrotem na stację , ponieważ pociąg do Hassen odjeżdżał po 16.00 . Sam odprowadził i przy okazji Eline wyjaśniła mu jak dostać się na dworzec z którego wieczorem miał Eurostar do Londynu. Dokładnie po dwóch tygodniach wspólnego podróżowania z moim australijskim towarzyszem nadszedł czas pożegnania. Sam musiał już wracać do Londynu, bo za dwa dni zaczynał się rok szkolny w jego szkole i musiał się przygotować a ja kontynuowałam moja podróż do Polski.
 
                             

 

Wsiadłam Eline do pociągu, potem miałyśmy przesiadkę w Hassen i stamtąd podjechałyśmy autobusem do jej rodzinnej miejscowości. Było już dosyć późno i przede wszystkim chłodno. Nie było mrozów ale różnica temperatur z 36 do 18 była odczuwalna:) zostawiłyśmy bagaże i pojechałyśmy szukać Frituur ,bo będąc w Belgii tylko frytki wchodziły w grę jeśli chodzi o kolację. Wzięłyśmy frytki na wynos z przeróżnymi sosnami, zapiekanymi kiełbaskami i mięsem. W domu miałyśmy niezłą ucztę, jadłyśmy chyba z 45 minut.
 
 
                            


Po naszej “uroczystej kolacji” Eline zostawiła mnie sama w domu i pojechała do jej dziadków, którzy obchodzili 50 lecie ślubu. Ja wreszcie po 2 tygodniach miałam czas dla siebie. Cisza i spokój. Nie wiedziałam, że kiedyś będzie mi tego brakować. Po dwóch godzinach Eline wróciła z ciastem od babci, zeszłyśmy do piwnicy po piwo i moim oczom ukazał się cały regał rożnych rodzajów piwa. Wybrałam jasne a w kuchni Eline dała mi specjalną szklankę do wybranego przeze mnie piwa. Opowiedziałam jej , jak do tej pory przebiegała podróż, pokazałam zdjęcia a gdy wrócili jej rodzice z bratem siedzieliśmy do północy i rozmawialiśmy o wszystkimi. Najbardziej śmialiśmy się z Putina i kryzysu owocowego: Rosja nie chce polskich jabłek i belgijskich gruszek. Mogliśmy jeszcze długo rozmawiać ale rano musieliśmy wcześnie wstać a ja chciałam położyć się spać chociaż raz przed 3 w nocy.

Rano mama Eline przygotowała pyszne śniadanie i było to śniadanie, którego nie jadłam od ponad roku od kiedy wyjechałam z Polski: dobry chleb, pyszna herbata, wędlina i ser. Niby nic wielkiego ale dla mnie to było królewskie śniadanie. Ponieważ za  pół godziny trzeba było wyjechać z domu, wiec szybko poszłyśmy do ogrodu, w którym zakochałam się odpierwszego spojrzenia. Zielono, rześkie powietrze, pełno owoców, grzybów, kury, dwa koty i na końcu kucyk! Zerwałyśmy trochę jabłek, nakarmiłyśmy kucyka chlebem. Oczywiście ja byłam tak podekscytowana e zapomniałam o płocie elektrycznym i pokopał mnie prąd…
Pierwszym przystankiem na naszej trasie było Tienen ,gdzie teraz mieszka Eline i remontuje poddasze w domu swojego chłopaka. Niestety,Vincent był w pracy i nie udało mi się z nim spotkać. Mama Eline z bratem zabrali się za malowanie ścian a my poszłyśmy przejść się po miasteczku. Następnie  udałyśmy się pociagiem do Leuven w którym Eline mieszkała przez 5 lat podczas studiów.
 
                              

 

Leuven bardzo przypominało mi Kraków pewnie dlatego, że to miasto studenckie i pełno w nim studentów i miejsc dla młodych ludzi. Miasto bardzo kolorowe, przyjemne i czyste. Przeszliśmy się po centrum, Eline pokazała mi swoje ulubione miejsca i kilka punktów turystycznych. Wzięła mnie też na lunch to rewelacyjnej knajpy z bardzo dobrym i tanim jedzeniem. Było bardzo ciepło wiec siedziałyśmy na dworze. Na koniec kupiłam pocztówki i w drodze na dworzec poszłyśmy jeszcze na lody. Nie jadłam czekolady to kupiłam lody czekoladowe:) Dokładnie po 24 godzinach od spotkania z Eline przyszedł czas się pożegnać. Ja wsiadłam do pociągu w kierunki Holandii a Eline wróciła do Tienen pomóc malować.
W drodze do Holandii musiałam przesiadać się kilka razy i pierwszy raz udało mi się zasnąć w pociągu. Myślałam, że spałam z 4godziny ,bo byłam bardzo zmęczona ale po spojrzeniu na zegarek okazało się, że to tylko 25 minut. Do Holandii dojechałam przed 21 gdzie na dworcu w Leeuwarden czekała na mnie Ilse.

Portugalia

Posted on September 14, 2014

W Portugalii spędziłam 7 dni i jeśli pomyśle o moim pobycie w tym pięknym kraju, to cały ten pobyt zlewa się w jeden obraz, na którym widać plaże, klify, ocean i słońce. Muszę chwilę pomyśleć, żeby przypomnieć sobie poszczególne dni. Nie będę szczegółowo opisywać każdego dnia, zrobię to w postach, w których przygotuję relacje zdjęciową a w tym opiszę, mniej więcej, co działo się przez 7 dni.

 
                        
                        

 

Z przygodami przyjechaliśmy do Lagos i plan na nasz pobyt był prosty: jesteśmy w jednym miejscu kilka dni, codziennie chodzimy na plażę i mamy zwykle, leniwe wakacje. Pierwszą noc spędziliśmy w hostelu, ktory jako jedyny miał wolne miejsca. Ja dostałam pokój z paniami a Sam trafił na starych dziadków. Poznaliśmy Alberrta z Kandady, ktory poszedł z nami na dość późną kolacje. Byliśmy bardzo zmęczeni, wiec zgodnie wybraliśmy najbliższa knajpę i zamówiliśmy proste dania, żeby długo nie czekać. Po kolacji poszliśmy spać ponieważ poprzednia noc nie należała do udanych.
 
Rano przenieśliśmy rzeczy do drugiego hostelu, w którym zabukowaliśmy dwie kolejne noce, i poszliśmy na plażę. Cały dzień chodziliśmy po klifach co jakiś czas schodząc na plaże w małych zatoczkach. Wieczorem wyszliśmy na miasto z naszym współlokatorem z Kanady, Simonem. Wszystkie kolejne dni aż do piątku wyglądały tak samo: w ciągu dnia odsypianie, popołudniu plaża, wieczorem wyjście do miasta. W czwartek czułam, że kolejny dzień zapowiada się tak samo, wszystko wygląda jak klasyczny dzień świstaka i jeśli czegoś nie zmienię to oszaleję. Pojechaliśmy popołudniu do Sagres na klify. Bardzo wiało ale odzyskałam wiarę w nasze podróżowanie.
 
W piątek zgodnie stwierdziliśmy, że pora uciekać z Lagos, które nazwałam portugalskim Mielnem. Musieliśmy wymeldować się z pokoju o 1 a pociąg do Lizbony był dopiero o 17. Sam przez trzy godziny oglądał South Park a ja znalazłam połączenie lotnicze do Brukselii na poniedziałek bo wszystkie nocne pociągi były pełne. Czas nas gonił ponieważ ja musiałam spotkać się z Eline a Sam musiał wracać do Londynu.
 
                       

 

 
W Lizbonie pierwszą noc spędziliśmy w hostelu a na kolejne dwie wynajęłam mieszkanie z airbnb. Po dwóch tygodniach tułaczki po hostelach i przygodach z przeróżnymi współlokatorami dwupokojowe mieszkanie to jak wymarzony prezent pod choinkę. Jeden dzień w Lizbonie spędziliśmy chodząc po mieście bez celu a drugiego dnia pojechaliśmy pozwiedzać zamki w Sintrze. Jeden wieczór spędziłam chodząc po starym mieście robiąc zdjęcia. W poniedziałek wylecieliśmy rano do Belgii i przespaliśmy całą drogę. 

¡Viva Madrid!

Posted on September 9, 2014

Madrid wasn’t on our to-visit-list but popping in to the capital of Spain is never a bad idea. 

Those who have been to Madrid know what I’m talking about. We had to leave Barcelona quite early as the plan for the day was pretty busy: we had just one night in Madrid and next day, on the way to Sevilla, we wanted to spend some time in Cordoba. As we were walking on La Rambla to take the tube to the train station, it started pissing down so we were glad we were leaving Barcelona to head down south. After spending a year in England the proper sun is always your number one. 
After checking in we went for a short walk because I wanted to show Sam some interesting buildings which, to be honest, didn’t go very well. We got lost in Retiro, had a very bad dinner (not to say the worst paella ever) but spent an hour in an Irish Pub having a well deserved pint of Guinness (that wasn’t very Spanish- it was very English to go abroad and run to the nearest English/Irish pub for a pint). Next morning we checked out, booked a hostel in Sevilla and took the train to Cordoba. I think we spent almost 5 hours wandering around the old town, trying to find the bridge, getting lost many, many times and getting used to the hot Spanish weather. All was perfect unti we found a nice and cosy restaurant where we decided to have Menu del día. The food we had was great but I learnt my lesson and will never ever have a three course meal in the early afternoon in Spain. TOO HOT!
We were full and could bearly walk to the train station but we made it! Sevilla get ready!


Madrytu nie planowaliśmy w ogóle, ale jak się potem okazało, nasze planowanie było bardzo luźnie i ograniczało się do odpowiedzi na jedno pytanie: gdzie jutro śpimy? Wiedzieliśmy, że chcemy jak najszybciej dostać się na południe do słońca i plaży. Z Barcelony najszybciej było jechać przez Madryt, więc zdecydowaliśmy się na jedną noc w stolicy Hiszpanii, żeby nie spędzić całego dnia w pociągu i nie oszaleć, chociaż to szaleństwo bardziej groziło mnie, bo Sam zawsze śpi. Pociąg ruszy i on po 3 minutach śpi. To samo w autobusie, metrze, tramwaju. Wsiada, siada i zasypia. Dlaczego ja tak nie umiem?

                                     

 W pociągu do Madrytu podjęłam próbę obejrzenia filmu z hiszpańskim dubbingiem i napisami. Próba zakończyła się sukcesem. Dokończyłam też kilka wpisów na bloga (tak czas mijał mi najszybciej), ładowałam telefony, iPada, aparat i jak zawsze robiłam zdjęcia przez okno. W hostelu mieliśmy 4 innych facetów- sami Azjaci. Nie chcieli nawiązać kontaktu, a za każdym razem, kiedy Sam otwierał okno, jeden z nich wstawał i zamykał. Poza tym cały czas siedział na łóżku i grał w jakaś grę na telefonie. Jak można przyjechać do Madrytu i siedzieć w pokoju, grając w grę? Postanowiliśmy uciekać jak najszybciej i iść pozwiedzać miasto, bo mieliśmy tylko jeden wieczór. Póki świeciło słońce, chciałam pokazać Samowi miejsca, które znam (byłam w Madrycie 4 lata temu przez tydzień i miałam najlepszego przewodnika na świecie, więc Madryt znam dosyć dobrze i dobrze wspominam). Odhaczyliśmy klasyki turysty i szukaliśmy czegoś do jedzenia. Bardzo chciałam pokazać Samowi park Retiro i tak bardzo nam się spieszyło, że w drodze do parku zaszliśmy do Irish Pubu, żeby odpocząć. Ponieważ byliśmy przeokropnie głodni, zamówiliśmy sobie po jednym daniu głównym (dzięki któremu poznaliśmy się w Anglii), czyli po szklance czarnej irlandzkiej ambrozji: Guinness. Jak to w Irish Pubie za barem stał Irlandczyk, z którym było bardzo wygodnie porozmawiać, bo mówił po angielsku i nie trzeba było się gimnastykować. Siedzieliśmy tam chyba z 45 minut i ledwo się zebraliśmy, żeby iść do Parku. Niestety jak już tam trafiliśmy, to było ciemno, nie było ludzi, zgubiliśmy się trzy razy, a na koniec jak z automatu zaczęły strzelać wodą nawadniacze do trawy. Cudownie. Resztkami dobrego humoru i sił zdecydowaliśmy szybko poszukać czegoś do jedzenia. Pani w hostelu zaznaczyła nam na mapie, gdzie fajnie i tanio zjeść, ale okazało się pózniej, że zaznaczyła, gdzie fajnie i tanio wypić. Szukając czegoś, co wygląda smacznie i w miarę porządnie, weszliśmy do knajpy, która oferowała paelle dla dwóch osób, z winem, przystawkami i innymi bajerami. Zmęczeni już konkretnie zamówiliśmy zestaw dla dwojga, bo cały czas chodził nam po głowie smak paelli z Barcelony. Na początek kelner podał kilka plasterków szynki i kiełbasy, potem pokrojoną na części główkę sałaty z marchewką, cebulą i sosem. Na koniec wjechało długo wyczekiwane danie główne, którego jak się potem okazało długo nie mogliśmy zapomnieć. I chyba nigdy nie zapomnimy. Paella mixta czyli każdy znajdzie coś dla siebie. I znaleźliśmy. Ja znalazłam ość wbitą w moje gardło po 5 minutach walki z którymś z owoców morza. Nagle łzy w oczach, ręce do góry, kaszlę, ksztuszę się, macham rękoma i biegnę do łazienki zwymiotować. Wracam do stolika i siadam jak dama na Titanicu. Tylko że już nie chciało mi się jeść. Sam tylko wyłowił ryż (tak, wyłowił, to była jakaś tania zupa a nie paella), poskubał trochę krewetek i jednocześnie stwierdziliśmy, że to jest tak paskudne, że trzeba ewakuować się jak najszybciej. Na szczęście po drugiej stronie ulicy były małe piwka po €0,50, więc poszliśmy się zrelaksować. Przed drugą wróciliśmy do hostelu i naszego pokoju. Azjaci pozamykali okna, więc duszno okropnie. Kładąc się spać, słyszę jakieś dziwne odgłosy. Wychylam się i patrzę jak jeden z Azjatów na przeciwko na łóżku robi brzuszki. To był jakiś cyrk. Rano zebraliśmy się jak najszybciej na pociąg do Cordoby, żeby wykorzystać dzień w drodze do Sewilli.

                                         

 W Cordobie chcieliśmy spędzić tylko kilka godzin, żeby nie skończyć w pociągu cały dzień. Dojechaliśmy lekko po 12 i bez mapy, na tak zwanego czuja, zaczęliśmy szukać centrum. Po około 15 minutach od wyjścia z pociągu trafiliśmy do centrum starego miasta. Przez cały czas czuliśmy się jak w labiryncie: wąskie uliczki, wszędzie białe domy, kompletna pustka i cisza. Dzięki temu udało nam się poczuć klimat miasta, a konkretniej: siesty. Wszystko pozamykane, pusto, głucho tylko nasze kroki i echo było słychać. Doszliśmy w końcu do mostu, porobiliśmy zdjęcia i zdecydowaliśmy poszukać miejsca, w którym smacznie i tanio mogliśmy zjeść. Trochę nam zajęło znalezienie odpowiedniego lokalu ponieważ chcieliśmy podejść z turystycznego oka cyklonu. Znaleźliśmy restaurację z pięknym, zacienionym patio. Rzuciliśmy się na menu del dia za €10 od osoby. I jak jedzenie było pyszne i idealnie przygotowane, tak bardzo później żałowaliśmy obfitego obiadu z trzech dań i deseru o 16 w 36 stopniowym upale. Ledwo się doczołgaliśmy do dworca, żeby zdąrzyć na pociąg do Sewilli. Udało się w ostatniej chwili. I tak właśnie zaczął się nasz pobyt na południu półwyspu iberyjskiego.

Te quiero Barcelona

Posted on August 31, 2014

Barcelona przywitała nas gorącym podmuchem powietrza. 28C na termometrze o 22:00 to coś, o czym w Anglii mogłam pomarzyć. Byliśmy bardzo zmęczeni i od razu chcieliśmy pojechać do hostelu ale na drodze stanęło nam metro i trochę się zamotaliśmy szukając naszej stacji. W hostelu miła pani dała nam mapę (która była bardzo pomocna) pokazała pokój i powiedziała witajcie w Barcelonie. Zeszliśmy do common roomu zagrać w pool. Sam zapytał czy na pewno chce grać bo jak on to mówi “kobiety nie potrafią prowadzić, czytać mapy i grać w pool a ich rolą jest gotowanie, sprzątanie i rodzenie dzieci”. Zawsze się śmiejemy z tych stereotypów i jak tylko jest coś w czym facet powinien z założenia być lepszy to Sam to powtarzał i się śmiał. A ja zawsze odpowiadałam mu, ze widać mało mnie zna i żeby się przypadkiem nie przejechał. Zaczęliśmy grać, ja nieśmiało poprosiłam o wskazówki, o przypomnienie zasad i pokazanie jak ułożyć dłonie. Gramy, gramy i po 15 minutach wściekły Sam pobiegł rozmienić monety bo jeszcze nigdy nie przegrał z laską w pool:) drugą grę wygrał Sam albo może to ja dałam mu wygrać?
                             

 

Przed północą poszliśmy na miasto poszukać czegoś do jedzenia. Chodziliśmy w kółko szukając czegoś dobrego, błądziliśmy po uliczkach i w końcu trafiliśmy na główny płac z mnóstwem restauracji. Wybraliśmy jedną z tych, które miały stoliki na zewnątrz bo caly czas bylo bardzo ciepło a my po 6 godzinach w pociągu z klimatyzacją raczej nie byliśmy fanami zamkniętych pomieszczeń. Zamówiliśmy po wielkim piwie i paelle, która okazała sie jednym z najlepszych posiłków jakie jedliśmy. Była tak duża i tak dobra, że jedliśmy ją ponad godzinę. Około 2 w nocy kelner zasugerował, ze już chcą zamykać wiec zapłaciliśmy i poszliśmy na plaże. Trochę nam zeszło i chyba pobłądziliśmy znowu bo jak w końcu dotarliśmy po 3 na plaże to jedyne co miałam ochotę zrobić, to położyć sie na piasku i spać. Po godzinie, kiedy moje oczy same sie zamykały, stwierdziliśmy że chyba czas wracać bo zanim dojdziemy do hostelu to będzie rano. Po drodze znowu sie zakręciliśmy więc złapałam taxowkę. Kolejny raz dobrze podjęta decyzja.
                       

 

Wychodząc rano z hostelu w poszukiwaniu czegoś na śniadanie trafiliśmy na targ, który był zaraz przy naszym hostelu. Niestety i tłum i ceny nie były zachęcające ale co się naogladalismy dobrodziejstw hiszpańskiej ziemi to nasze. Najciekawsza była sekcja z mięsem. Sam był zdziwiony, że wszystko leży tak luźno poukładane (w Anglii i w Australii wszystko paczkowane) a ja nie mogłam się napatrzyć na głowę owcy z mętnymi oczami i długimi rzęsami. Staliśmy chyba z 15 minut przed gablotą z owcą i rozmawialiśmy o tym jak traktujemy zwierzęta. Pointą naszego dyskursu było zdanie, które powiedział Sam : kiedyś jak przyjadą obcy na naszą planetę to my będzie leżeć za szybką i nasze głowy będą na sprzedaż. No nic. Zobaczymy jak to będzie. Kupiliśmy oliwki, owoce, ser i ruszyliśmy w poszukiwaniu parków i ciekawych uliczek. Nie mieliśmy konkretnego planu zwiedzenia Barcelony. Ja już byłam w Barcelonie a Sam chciał się rozejrzeć i pospacerować. Jedyne co chcieliśmy zobaczyć to Sagrada Familia i Park de Guel. Cały dzień chodziliśmy raz w lewo, raz w prawo, trafiliśmy też na bardzo dobre jedzenie do małej knajpki. Zawsze wybierając miejsce do jedzenia patrzyliśmy gdzie jedzą miejscowi. Tym razem po raz kolejny to był dobry trop. Tak dobry, że znowu  po 3 godzinach pani zasugerowała żebyśmy już zapłacili i poszli. Do parku podjechaliśmy metrem, wspięliśmy się po schodach na samą górę i zaczęliśmy skakać po parku. Była już 18 i powoli trzeba było wracać w kierunku hostelu zeby zdarzyć na pub crowl a jeszcze chcieliśmy zobaczyć Sagrade Familie. Błądząc kolejny raz miedzy uliczkami usłyszeliśmy straszny huk, potem poczuliśmy dym i krzyki ludzi. Poszliśmy sprawdzić co się dzieje i trafiliśmy na rozpoczęcie swieta ognia. Poprzebierani dzieci, tance, odpalane race i wszędzie iskry ognia. Muzyka, bębny i cała masa ludzi podąrzająca za procesja.  Sami mieszkańcy , żadnych turystów i my. Szliśmy za nimi chyba z 20 minut i jak tylko skręcili to odłączyliśmy się od nich i ruszyliśmy przed siebie. Kupiliśmy po mojito na drogę i zaczęliśmy się rozglądać za czymś na kolacje i mieliśmy mało czasu bo centrum miasta było coraz bliżej a tam wiadomo straszne ceny. Zdecydowaliśmy się na jamón iberco, ser i bagietkę. Znaleźliśmy fantastyczne miejsce gdzie miły pan doradził co kupić,naostrzył nóż i przy nas ukroił plasterki szynki. W drodze do hostelu musieliśmy zobaczyć jeszcze jedno miejsce na naszej liście do zwiedzania: Sagrada Familia. Doszliśmy tam akurat na zachód słońca co było bardzo pomocne bo turyści już sobie poszli i została tylko garstka okolicznych mieszkańców. Usiedliśmy na murku przy mały stawie w parku za Sagradą i spędziliśmy tak  chy a z godzinę gadając o głupotach i obserwując ludzi. Na koniec zobaczyliśmy śmiesznego pana, który bardzo się starał zapozować do zdjęcia. Zrobił to w tak komiczny sposób, że Sam chciał tez zdjęcie w takiej pozycji. Od tamtej pory zawsze mieliśmy niezły ubaw z “pozy pana z Barcelony” a Sam wiedział jak będzie pozował do zdjęć.
                  

 

Plan na wieczór był dosyć napięty bo musieliśmy szybko zjeść kolacje w hostelu (wyrzuciliśmy na stół wszystko co mieliśmy w plecaku i zjedliśmy hiszpański mix: oliwki, pomarańcze, ser, szynkę, pomidory, bagietkę i awokado. Popijając Estrella oczywiście. Po naszej bogatej kolacji mieliśmy mało czas up, żeby przygotować się na pub crowl organizowany przez hostel. Bardzo dużo osób się zebrało i facet, który to organizował wymyślił grę: kto pierwszy zapamięta imiona i kraj pochodzenia wszystkich ten dostanie darmowego drinka. Wiadomo kto wygrał dwa razy… Przecież to jest oczywiste, ze z moją praktyką zapamiętywania imion uczniów (co tydzień ponad 60 nowych twarzy) zapamiętane 20 osób w kilka minut to pikuś. I ten wlasnie pikus pomógł mi w wygraniu dwóch drinków.
Łącznie poszliśmy do trzech knajp a na koniec do klubu z wyjściem na plaży. Impreza jak każda, nic co  warto było opisać nie miało miejsca. Wróciłam do domu o 5 rano i miałam przed sobą tylko 4 godziny snu bo o 11 musieliśmy się wymeldować i uciekać na pociąg do Madrytu, było ciężko lalę się udało. Wychodząc z hostelu zaczęło się oberwą je chmury. W kilka sekund La Rambla zrobiła się pusta ale my śmiało szliśmy w stronę metra samym środkiem bo przecież mieszkamy w Anglii i deszcz nam nie straszny.
W Barcelonie byłam po raz drugi i powiem szczerze, że nie powala mnie na kolana. Chyba jest za bardzo przereklamowana chociaż bardzo piękna. Na pewno chętnie wrócę ale zastanowię się dwa razy zanim wybiorę się w sezonie. Może na wiosnę? A może znowu przejazdem? Who knows.

San Sebastian

Posted on August 25, 2014

Pierwszego dnia wyjechałam z Londynu przez Lille i Paryż, zeby dojechac do Irun pierwszego hiszpańskiego miasta za granicą z Francja. Z Samem umowiona sie w San Sebastián ponieważ łatwiej mu było dojechac z Biarritz we Feancji. Sam podróżował po południowej Francji od początku września wiec nasz kontakt był znikomy i utrudniony: on w podrozy a ja przez 24h w pracy. Dzien przed moim wyjazdem kiedy usilowalam sie spakować Sam sie odezwał i mowi żebyśmy spotkali sie o 19 na dworcu. Powiedział ze muszę tam być bo on nie ma nic na karcie i może tylko odbierać wiadomosci. Powiedziałam, ze będę na bank, sprawdziłam połączenia i napisałam, ze w najgorszym wypadku będę o 20 bo takie mam połączenia. Nic trudnego prawda?

Po całym dniu w pociągu zajechalam do Irun. Pogoda coraz lepsza, ciepłe zachodzące słońce, czuć już klimat absolutnego luzu i sierpniowego hiszpańskiego lata. Ustawiam sie w kolejce ze y zapytać czy mogę wskoczyć do pociągu do San Sebastian bez rezerwacjibo to tylko 20 minut. Czekając w kolejce podchodzi do mnie koleś i pyta jak dojechac do Barcelony. Trochę mu pomoglam i wyszło, ze najlepiej wskoczyć do nocnego pociągu do Lizbony i w połowie drogi sie przesiąść. Koleś poszedł ja czekam dalej i po dosłownie 2 minutach zagaduje do mnie dziewczyna, która stała za mną i pyta jak dojechac do San Sebastian. Tez miałam jechać w tym samym kierunku i postanowiliśmy zaryzykować i razem pojechać bez rezerwacji. Sarah jest Szwajcarka i jechała do San Sebastian spotkać sie z kumplem i dalej mieli iść na pielgrzymkę do ….. Jadąc w pociągu i stojąc w korytarzu od słowa do słowa wyszło, ze tez robi interrail a jesien przyjeżdża do Krakowa na staż. Wychodząc ze stacji zaczęłam rozglądać sie za Samem. Nie ma w poczekalni, nie ma przed stacja, nie ma nigdzie. Napisałam SMS, ze jestem i czekam. W międzyczasie postanowiliśmy sie przejść po okolicy, kupiliśmy po San Miguel i czekaliśmy ma ławce przed stacja z pięknym widokiem na rzekę. Sarah umówila sie o 21 także bez problemu mogłyśmy poczekać razem. Cały czas pisałam SMS do Sama i nie mogłam zadzwonić bo on nie miał kasy zeby odebrać. W końcu napisałamu, ze jestem na miejscu i zeby poprosił kogoś o SMS do mnie bo ja nawet nie wiem czy przyjechał do San Sebastian. Cisza.
Sarah poszła szukać Mc Donald’s zeby połączyć sie z wifi a ja zostałam na ławce. Zbliża sie 21, ja nie mam ani adresu hostelu, ktory zabukowal Sam ani kontaktu z nim. Został mi tylko Sam Miguel. Zawsze to jakiś towarzysz. Zrobiło sie zimno i wysłałam SMS, ze jest zimno wracam na stacje i nie ruszam sie dopóki on sie nie pojawi. Czekając na stacji z nudów zaczęłam przeglądać pamiątki w sklepikach, gazety w kiosku a na końcu, gdy już wszystko obejrzałem, wzięłam sie za ulotki przy kasie. Przeglądam, oglądam i nagle wywaililam oczy i zaklnelam siarczyście w duszy. Przede mną była mapa z zaznaczonymi dwoma stacji kolejowymi w San Sebastian. Tak. DWOMA!
Wyciągnęłam szybko telefon i pisze SMS, ze są dwie stacje i biegne sprawdzić czy jest na drugiej i jeśli jest to zeby sie nie ruszał. Po 15 minutach odbiegam to stacje i patrzę, ze siedzi sierota i czeka. Przyjechał do San Sebastian już o 15 i czekał 6 godzin. Nawet podjął próbę znalezienia hostelu ale nie umiał odszyfrowac adresu. Powiedział, ze znalazł ulice ale nie wie ktory wcisnąć guzik bo to jest zakręcone. Dumna jak paw powiedziałam “vamos!” w końcu znam hiszpański i ogarniam adresy.
Niestety po 20 minutach błądzenia i dzwonienia do wszystkich możliwych kamienic, które moglby być hostelem postanowiliśmy iść do Maca, połączyć sie z wifi i sprawdzić adres. Okazało sie, ze adres ktory miał na kartce Sam jest z jakiegoś powodu inny niż ten, ktory widnieje na rezerwacji. Zaczęłam wchodzić do sklepów i pytać lokalnych gdzie co i jak. Babeczka z piekarni wyszła ze mną przed sklep i machając rękoma raz w prawo raz w lewo próbuje wytłumaczyć gdzie iść. Jak to hiszpańska robiła to wyjątkowo głośno i po chwili była nas już konkretna grupka, która modląc sie na moja mapą tłumaczyła gdzieś iść. W końcu starsza hiszpanka powiedziała, ze nas zaprowadzi. Doszliśmy w ostatniej chwili przed 23 zeby sie zameldować.
                               

 

Pokój dzielilismy z dwoma dziewczynami z Australii, w kuchni były kolejne dziewczyny z Australii i wtedy jeszcze nie przeczuwalam, ze na mojej drodze bedą sami Aussies. Nie dość, ze podróżuje z jednym i mam go 24/7 na wyłączność to na każdej drodze nowopoznana osoba to albo Aussie albo Kiwi (Nowa Zelandia). Posiedzielismy trochę z dziewczynami i poszliśmy na miasto coś zjeść. Trafiliśmy do baru Tapas i zaczęliśmy popijać cañas (małe hiszpańskie piwka) i zagryzać tapas. W miedzy jedna tapas a drugą cañą zaglądał do nas Portugalczyk, który tak jak my mieszka w Londynie. Podpowiadał nam o Porto, polecił co zjeść i zobaczyć w Portugalii, wypilismy bo jednej cañi i musieliśmy sie pożegnać bo ja bardzo chciałam iść na plaże. Błądząc po starym mieście miedzy uliczkami, które wyglądają tak samo (szczególnie w nocy) obejrzeliśmy wszystkie możliwe zabytki i po 30 minutach doszliśmy na plaże. Pięknie oświetlona plaża, port i promenada. Było trochę chłodno i jak na złość padał deszcz. Deszcze mi nie straszne, mieszkam w Anglii to wchodzę do wody. Najpierw paluszki, potem stopki a to może po kolana bo woda tak przyjemnie ciepła. Podwonelam szorty najwyżej jak sie da ale przyszła z nienacka złośliwa bestia i tak mi skoczyła dupę ze nie życzę nikomu wracać do hostelu o 3 w nocy mokrych dzinsowych szortach.
                                  

 

Dopiero rano zaczęliśmy sie zastanawiać gdzie jechać czy może zostać w San Sebastian. Ceny i pogoda przegrały z Barcelona. Mieliśmy trzy godziny do pociągu, poszliśmy na śniadanie do knajpy z internetem zabukowal hostel w Barcelonie. Zdecydowaliśmy zostać dwa dni zeby mieć jedna noc na imprezę i jeden pełen dzien na zwiedzanie. Kupiliśmy dużo świeżych owoców od chłopa na straganie, dwie butelki wody i w drogę na plaże poczekać na pociag. Było pochmurno ale o wiele bardziej przyjemniej było spędzić czas na płazy czekając na pociag niż na obskurnym dworcu.  Pociag do Barcelony odjechać przed 16 i czekało nas 5 godzin w trasie. W drodze do Barcelony spędziłam kilka godzin stojąc w korytarzu robiąc zdjęcia bo krajobraz zmieniał sie z minuty na minutę. Cały czas robię zdjęcia widoków z pociągu i na koniec wyrzucę wszystkie do jednego posta.
                      
                      
                       
San Sebastian to ładne miasteczko ale bardzo drogie i turystyczne. Warto sie tam zatrzymać i przejść sie po mieście ale zeby jechać tam specjalnie i spędzić kilka dni to chyba nie jest najlepszy pomysł. 

Dlaczego wracam do Polski pociągiem

Posted on August 21, 2014

Zaczęła się moja powrotna podróż do domu. Minęło dokładnie 13 miesięcy od mojejgo wyjazdu z Krakowa. Pamietam ze szczegółami jak wyjeżdżalam z Krakowa na samolot z Warszawy do Londynu (nawet taka prosta trasa usiadła być zakrecona). Miałam tyle planów, tyle postanowień i po cichu wierzyłam ze mi sie uda wszystko zrobić. Musiałam mocno w to wierzyć bo plan spełniłam nie w 100% a w 200%. Zalozylam sobie plan idealny: praca w summer school, potem chciałam sie zaczepić w ICS na cały rok a na koniec zrobic kolejny raz summer school, odłożyć pieniądze i wrócić do Polski. Oczywiście w połowie wyjazdu biłam sie z myślami, że może warto zostać, może to jest to.. po pewnym czasie skończył sie rok szkolny, zaczęła sie szkoła letnia i uświadomiłam sobie, że wszystko, co założyłam sie udało wiec trzeba ruszać dalej. Mam wiele planów związanych ze zdobytym w Anglii doświadczeniem i nie ma co tracić czasu. Skoro miałam plan to trzeba sie go trzymać inaczej mogłabym zostać w Anglii na jeszcze jeden rok a potem na jeszcze jeden…Do Anglii zawsze mogę wrócić bo tutaj jest mój dom i zawsze będzie ale póki jestem młoda chce spróbować innych rzeczy.
Szkola letnia w Ascot skonczyla sie w piątek 15 sierpnia a rok szkolny w Polsce zaczyna sie 1 września. Wprawdzie pracy jeszcze nie mam (ale coś mi mówi że sie uda) postanowiłam zrobic sobie wakacje i wyjechać w podróż po Europie. W końcu nie po to oszczedzalam wszystkie monety £1 i £2 zeby nie zainwestować je w podróż.  Popatrzyłem na mapę, zajrzałem do portfela i skarbonki, sprawdziłam kalendarz, pokiwalam głowa i odpowiedz była jasna: wrócę do Polski pociągiem a po drodze odwiedzę wszystkich znajomych, których mam porozrzucanych po Europie.
                         
Tak wyglądało oficjalne podliczanie monet ze skarbonki: £252 po roku oszczędzania!!

 

Za taka formą wyprawy przemawialo jeszcze kilka innych rzecz. Przez ostatni rok regularnie, najpierw co sześć a potem co cztery tygodnie, musiałam latać do Krakowa, zeby zobaczyc sie z ortodonta. Jedno lub kilkudniowe wycieczki do Polski bardzo mnie zmęczyły i na jakiś czas mam po prostu dosyć latania na trasie Londyn-Krakow/ Warszawa. Mam wielu znajomych w rożnych częściach Europy i cieżko sie z nimi regularnie spotykać a tak będzie okazja spotkać sie ze wszystkimi za jednym zamachem. Jadąc trochę pokrętną drogą do domu będę miała czas, żeby oswoić sie z tym, że Londyn sie skończył i trzeba zacząć nowy etap. Wysłałam trzy paczki (po 30kg każda) do Olkusza i zostawiłam sobie tylko najpotrzebniejsze rzeczy na trzytygodniową podróż. Nastawiam się na słońce i wysokie temperatury, zabieram tylko ubrania w których chodzę jak jest +25C. I chyba najważniejsza rzecz: już mnie nosiło od jakiegoś czasu, żeby gdzieś pojechać, zrobić coś nowego. Przegladalam mapy, podpytywalam ludzi (wierzcie mi na slowo, ze pracując w międzynarodowym środowisku a tymbardziej szkole, tematów do rozmów nigdy nie brakuje i zawsze ktos chętnie opowie o swoim kraju) i stwierdziłam, należy mi sie coś od życia ma zakończenie mojego pobytu na wyspie. Po prostu powrót bezposrednio do Polski byłby najzwyczajniej nudny. I nie w moim stylu.
W miarę coraz bardziej intensywnych przygotowań do wyjazdu moi znajomi zaczęli mnie podpytywac dlaczego ciagle chodzę z mapa, co tak sprawdzam w internecie każdego dnia po kilka godzin i od słowa do słowa ktos zaproponował nocleg, ktos ze chętnie sie spotka, ktos polecił ciekawe miejsca i tak poszło. Okazało sie tez ze kumpel z pracy (zaczęliśmy pracować w ICS w tym samym tygodniu we wrześniu i razem skończyliśmy w czerwcu) cały sierpień podróżuje po Francji a pod koniec planuje przejazd do Hiszpani. Od słowa do słowa i pierwsza cześć trasy pokonamy razem. Dla mnie lepiej bo nie będę sama a dla niego, ze jestem ja bo jestem z Europy i dobrze znam nasz kontynent, rozumiem a jak trzeba to mowię po hiszpańsku i najważniejsze nie narzekam o jestem bardzo luźna jeżeli chodzi o planowanie. Nie potrzebuje marmurów i złotych klamek żeby sie gdzieś zatrzymać. Sam jest z Australii wiec podróżowanie mu nie straszne. W Belgi odwiedzę Eline, dziewczynę z która była stażystka i z która bardzo sie zaprzyjaźnilam. Zatrzymam się w Brukseli albo w jej rodzinnym domu w Leuven. Z Belgii przejadę do Holandii, gdzie prowdopodnie wpadne do Amsterdamu i na pewno pojadę na północ do Leevarden do Ilse, koleżanki którą poznałam w Ascot i pracowałysmy razem dwa sezony. Mamy w planach podjechać do Gronigen odwiedzić Sjorsa, ktory był naszym (a moim w tym roku) Centre Managerem w Ascot. Sjors jest Holendrem, który od dwóch lat mieszka w Australii ze swoją narzeczoną ale w tym roku przyjechał do pracy w Ascot. Zanim wróci do Australii pod koniec września posiedzi jeszcze w Europie i od słowa do słowa umówiliśmy spotkanie naszej trójki. Z Holandii przejadę do Bremen odwiedzić Philipa, ktory mieszkał ze mną w Krakowie jak był na Erazmusie. Nie widzieliśmy sie dwa lata także takiej okazji nie mogę zmarnować. Do Polski wracam 5 września…wyjeżdżam z Bremen o 6 rano a do Olkusza zajadę o 21. Założyłam ze podczas tej podróży będę korzystała tylko z pociągów i  nawet ostatni odcinek pokonam pociągiem. Coś przeczuwam, ze trasa Katowice-Olkusz (45km), która osobówka pokonuje w 95minut, będzie hitem. Bilet mam wprawdzie na 22dni ale zostałam zaproszona na wesle 6 września także prosto z podróży wpadam na zabawę. Już sie nawet śmiałam z Panem Młodym (Młody to o Tobie), ze okazji do kotleta i polskich specjałów byłoby grzechem odmówić:)
I tak wlasnie wyglada historia przygotowań do mojej podróży. Ktos może powiedzieć “puknij sie w czoło kobito i siedź na dupie i nie szalej” ale ja wole mieć masę wspomnień i nowych znajomych niż obitą głowę bo musiałabym sobie nieźle przyłożyć, zeby wybić sobie moje pomysły z głowy.
                          
Mój plecaczek i torba “Dzień dobry” w oczekiwaniu na metro na London St Pancrass

 

Interrail robię już po raz piąty i na pewno nie ostatni.

Pack up and leave

Posted on August 20, 2014

Niby cały pierwszy dzien miałam spędzić w pociągu co pewnie każdemu z założenia wydawałoby sie nudne ale w moim przypadku przygody zawsze mnie znajda. Taki los..

Po całym dniu spędzonym na zakupach, pakowaniu, praniu i zegnanaiu sie z Londynem i gdy Jessica już wyszła a komputer zabrał Krzysiek myślałam, ze już nic nie stanie mi na przeszkodzie w dokończeniu pakowania. Zeby nie było nudno i zeby ktos do mnie mówił włączyłam telewizor. Wciskam guziczki jeden za drugim i nagle słyszę głos stwórcy- Norman Freeman “Skazani na Showshank”. Uwielbiam ten film i historie Andy’ego dlatego postawiłam sobie cel: film trwa do 23:50 wiec ja w tym czasu będę oglądać i dokończę pakowanie. Plan idealny legł w gruzach już po 20 minutach kiedy złapałam sie na intensywnym oglądaniu…i nic poza tym. Na jedej sofie położyłam rzeczy do zabrania a na podłodze rzeczy do wysłania do Polski. Kiedy skończył sie film nastała rzecz, do której każdy sprzątacz/ pakowacz nie chce doposcic. Niestety mnie sie nie udało i tak wlasnie o 12 w nocy (5godzin przed wyjściem z domu) z podłogi zniknęły wszystkie większe gabarytowo rzeczy a zostało tak zwane nieokiełznane dziadostwo. Pełno małych gowieniek, których żal wyrzucić “to sie na pewno przyda” oraz “to muszę mieć chociaż nie korzystam” zaczęłam przekładać z miejsca na miejsca a potem zrobiłam jedna wielka kupę z tych gowieniek. Niestety nic to nie pomogło bo teraz dziadostwo zamiast wszędzie było w jednym miejscu. No wlasnie. Dalej było. Rozejrzalam sie po pokoju i zobaczyłam reklamówkę z Kauflandu. “stary poczciwy Kaufland on nigdy nie zawodzi” i jednym ruchem zgarnelam wszystko do środka, zakleilam taśma i wrzuciłam do kartonu. Poszłam spać o 1 a wstać musiałam o 4 zeby równo przed 5 wyjść z domu.

Wychodząc z domu było ciemno i całe miasto spalo. Bramki do metra były jeszcze otwarte, sklepiki i budki na stacja pozamykane i nawet nie wszędzie była gazeta Metro. Czułam sie jakbym sie wymykala mojemu miastu, jakbym wyjeżdżała z niego bez pożegnania i robiłam to zanim sie obudzi. W metrze byli jak zawsze aktywni biznesmeni czekający z kawa w ręku na pierwsze metro, bylo kilka wczorajszych przypadków a tak to pustka. Dojechałam na London St Pancras dokładnie o 6 rano. Po odbiciu biletu, kontroli bezpieczeństwa, miły w budce sprawdził mi paszport i powiedział “Witamy we Francji” na co ja w duszy pomyślałam sobie ” panie jaka Francja toz to Londyn”. Czekając na pociag zdążyłam sobie kupic herbatę i wielka bułkę która miała mi służyć jak prowiant. 10 minut przed odjazdem podstawili pociag, znalazłam swoje miejsce (nie miałam wspopasazera) i wygladalam przez okno za do momentu kiedy konduktor powiedzial ze zaraz wjeżdżamy do tunelu pod kanałem La Manche i będziemy nim jechać ok 20 minut. Nie wiem jak to sie stało ale oko mi sie zamknęło i otworzyło jak konduktor krzyczał ze za dwie minuty dojeżdżamy do Lille Europe. Szybko sie zebrałam bo to moja stacja przesiadkowa na pociag do Paryża. Chodzę po peronie szukam i nie ma mojego pociągu. Patrzę na rozkład i tez nie ma. Sprawdzam rezerwacje i jest jak byk takie połączenia. W sekundę oblalam sie potem i myśle “wysiadłam na złej stacji to nie moja”. Wtedy spojrzałam na rezerwacje jeszcze raz i przypomniałam sobie ze muszę przejść ze stacji Lille Europe, na która przyjeżdżają pociągi międzynarodowe na stacje Lille Flandres. Zostało mi tylko 30 minut wiec pobiegłam za znakmi, które mówiły ze moja stacja jest oddalona “tylko”10 minut. Tylko w przypadku jak ktos ma czas a ja miałam pol godziny i jeszcze musiałam odebrać rezerwacje.

Podbiegłam do maszyny, wsadzam kartę a maszyna mówi ze nie przyjmuje takich kart. “Jak to?” zadałam sobie pytanie nie wiem na co licząc, ze ktos mnie zrozumie? Próbowałam w trzech maszynach, czasu coraz mniej wiec biegne do informacji. Dwa okienka. Młody koleś i babeczka. Obieram na szybko taktykę i idę do kolesia bo to koleś coś tam powiem po francusku, uśmiechnie sie bla bla i nagle przedemna ustawia sie solidna grupa starców na wózkach. Fak. Przeklnelam po angielsku i już chce iść do babeczki a ona wystawia kartę “przerwa”. Rozglądam sie za jakimś innym punktami widze okienko od sprzedaży biletów. Mała kolejka, dwóch kolesi wiec ustawiam sie do pierwszego i mowię “bonjour, do you speak English?”a młodzieniec w okienku “a little bit” z takim slodkim francuskim akcentem. Mowię mu wolno i drukowanymi literami ze nie mogę wydrukować rezerwacji a on ze to zła stacja ze mam wrócić, iść w lewo w prawo i prawie ze przez góry lasy i rzeki.. Myśle sobie chłopie nie mam czasu na wojaże po dworcu tylko mów mi pan gdzie mój pociag. A on w lewo i w prawo. Biegne. Nic nie ma. Wracam do innego punktu obsługi i podbiegam do pana ktory był chyba księgowym. Mowię ze Help, ze pociag, ze rezerwacja a on Qui Qui i zabrał karte i poszedł. Za chwile wraca i mówi ze to ten dworzec i inna pani wydrukuje moje rezerwacje. Idę za nim do Pani a Pani Qui Qui pan Qui Qui ja tez dodałam swoje Qui Qui i tak stoimy i gadamy a mnie czas ucieka. Pani wydrykowla, pan podał ja merci, pan merci, pani merci ja już w nogi bo pociag za 6minut a pana wzięło na rozmowy. A co a jak a z kim a jak długo a dlaczego sama… Krzyknęłam mu tylko Qui Qui Merci Becaoup i w nogi. Dobieglam do pociągu, wsiadam, siadam i jadę. Po godzinie byłam w Paryżu.

W Paryżu plan był banalnie prosty. Miałam już rezerwacje i musiałam sie tylko przesiać z Dworca Paris Nord na dworzec Paris Montparnasse. Z moim bogatym doświadczeniem z transportem publiczny, wchodzę na cwaniaka na stacje i szukam gdzie kupić bilet. Tym razem miałam ponad godzinie i byłam spokojna do momentu jak zobaczyłam ze znowu starcy siluja sie z maszyna zeby kupic bilet i wystukać pin. W końcu mi sie udało, zabieram bilet, wchodzę przez bramki i stanęłam jak wryta. Znaków na stacji jak drzew w lesie, każdy mówi co innego, nie mogę znaleźć mapki. W końcu odkryłam ze mam szukać lini 4. Znalazłam, jadę 14 przystanków. Wysiadam, idę za znakami na stacje główna i znowu jestem na peronie metra. Idę jeszcze. Znowu metro. Idę znowu i tez metro. Dobra nie ma czasu na zabawę z kotka i myszke z paryskim metrem, szybki skan ludności i wybór padł na panią w średnim wieku. Mówi pani po angielsku?  “A little bit” super myśle sobie i pytam jak na ten dworzec a ona zaczęła bełkotać po francusku. Z tego monologu i machania rękoma wylapalam w prawo i w lewo na koniec ja machnelam ręka, krzyknęłam merci i poszłam. Trafiłam na stacje, widze mój pociag z daleka, sprawdzam numer wagonu, idę do swojego, znalazłam miejsce i siadam. Rozsiadlam sie wygodnie i nagle jakieś zamieszanie, jeden koleś biega jak oszalały po wagonie, sprawdza numery, siedzenia, szuka, pyta, krzyczy. Ludzie, którym kazał wstać tez zaczęli szukać, czytać bilety, numery siedzeń i po 10 minutach zaanagzaowych było około 15 osob.  “Ha! Jak w sejmie” pomyślałam i dostosowalam sie do mojej kolejnej zasady podróżniczej “jeśli nie rozumiesz to afera cie nie dotyczy”. Na lini frontu coraz bardziej gorąco, wszyscy stoją koło mnie i krzyczą, mnie już zaczynaja wkurzyć i nagle ktos wola “Madamme” a po chwili pardone mademuaselle..Myśle sobie,ze teraz mnie wciągną w aferę. Mowię ze ja nie rozumiem a oni jakie mam miejsce. Jak mowię ze 66 i to jest mój bilet. A inicjator afery patrzy na mnie i mowi “ale wagon 9 a pani jest w 10”. W pośpiechu zebrałam rzeczy, powiedziałam pare razy Qui Qui i uciekłam do swojego wagonu a tamtych czekała niezła roszada. Znalazłam swoje miejsce, obok mnie Francuz chciał zagadac i nie wiedział jak. Po dwóch godzinach podaje mi Francuski magazyn i pyta czy chce poczytać. Mowię,ze chętnie ale nie rozumiem. I dał mi spokój.

I tak wlasnie minęły mi pierwsze godziny podróży. 

Teraz zbieram sie i wychodzę z hostelu w San Sebastian. Jadę dzisiaj do Zaragossy i potem Madryt albo Barcelona. Będę pisać w miarę możliwości.