Kiedy naprawdę poczułam się jak w domu,  jet lag odszedł w zapomnienie a mój organizm całkowiecie przestawił się na czas australijksi, zrobiłam plan mojego pobytu w Australii. W poniedziałek rano Taisie i Xavi poszli do szkoły, Lydia z Andrew zajeli się swoimi sprawami (cały czas związanymi z przeprowadzką) a ja  wyszłam z domu, żeby nie tylko poznać ale zaprzyjaźnić się z Sydney. Nie wiele mi było trzeba, żeby zakochać się w tym młodym mieście. Wziełam z domu mapę, aparat, dwie butelki wody i poszłam na stację. Okolica, w której mieszkałam jest całkowicie zielona. Nazywałam ją dzunglą bo nie spodziewałam się tak bujnej roślinności w Sydney. Z domu do stacji spokojnie można przejść piechotą jednak po drodze jest bardzo stroma góra, przed którą trzeba się dobrze rozpędzić, żeby pokonać ją za pierwszym razem. 40 stopniowy upał nie był moim sprzymierzencem, ale załozyłam ze nie bede prosić Andrew po podwózke do stacji, bo skoro codzienie planowałam chodzić przez 6 godzin to dodatkowe 20 minut rano to dobra rozgrzewka.
Przed wylotek do Syndey długo  zastanawiałam, co tak naprawdę chce zobaczyć, czego doświadczyć. Zrobiłam listę rzeczy, które kojarzyły mi się z Syndey, były typowywmi stereotypami jeśli chodzi o życie Australijczyków oraz, rzeczy które mocna wpisane są w historię i kulturę Australii.

IMG_9912/
IMG_9916

IMG_9918
IMG_9922
IMG_9924
IMG_9929
IMG_9930
IMG_9932
IMG_9933
IMG_9934
IMG_9942
IMG_9943
IMG_9951
IMG_9960
IMG_9962/
IMG_9966
IMG_9971
IMG_9973
IMG_9980
IMG_9981
IMG_9983
IMG_9984
IMG_9986
IMG_9989
IMG_9991
IMG_9993
IMG_9998