Jednym z moich marzeń  jest odwiedzenie i zwiedzenie wszystkich anglojęzycznych państw świata. Przez ostatnie 10 lat Australia stała mi się bardzo bliska, ponieważ Andrew z mojej angielskiej rodziny pochodzi z Sydney. Kiedy mieszkałam z nimi na Wimbledonie, zachwycałam się Londynem i nie mogłam się nadziwić, jak bardzo to miasto jest cudowne i jak wiele ma do zaoferowania. Andrew nie mógł słuchać tych moich zachwytów i za każdym razem mówił, żebym poczekała aż przyjadę do Sydney, wtedy będę mogła sprawiedliwie wybrać, które miasto jest najlepsze.  Powtarzał też, że mam poczekać z Australią na nich i przyjechać, kiedy się już przeprowadzą. Czekałam, czekałam i w końcu się doczekałam- moja angielska rodzinka już od grudnia mieszka w Sydney a ja planowałam odwiedziny u nich za dwa lata.  Żegnając się z Lydią i Andrew na lotnisku w sierpniu, ciężko mi było wyobrazić sobie jak to będzie nie widzieć się z nimi tak często jak do tej pory. W końcu każde lato spędzałam w Anglii, a w ciągu roku wpadałam do nich na weekend albo na tydzień. Oni żartowali nawet, że teraz mój drugi dom nie będzie już w Londynie tylko w Sydney i czekają na mój przyjazd, który  planowałam dopiero w 2018 roku. Jak dobrze wiemy, jest luty 2017 a ja właśnie wróciłam z Australii, nie minęło nawet pół roku jak już byłam w moim “nowym drugim domu”. Ale od początku.
IMG_2004

Jedno z bardzo wielu typowo australijskich zdjęć, jakie udało mi się zrobić.

               Ze wszystkich plusów bycia nauczycielem, oprócz pracy z dziećmi, najbardziej lubię dni wolne od pracy, czyli wakacje i ferie. Od wakacji planowałam jakąś dłuższą podróż w czasie ferii zimowych, ponieważ  16 dni siedzenia w domu, które wolałabym spędzić w jakimś nowym państwie (najlepiej z duża ilością słońca, bo witamina D jeszcze nikomu nie zaszkodziła) byłoby katorgą i smutnym czasem mimo wypoczynku.. Długo nie mogłam zdecydować się gdzie jechać, wg początkowego planu miałam lecieć z Martą w odległe, ciepłe kraje ale niestety nie dostała urlopu w czasie moich ferii. Musiałam szybko poszukać jakiejś ciekawej alternatywy i z braku pomysłów zapytałam na Facebooku, czy ktoś może mi polecić miejsce, w którym jest ciepło i które będzie mnie interesowało. Lydia napisała tylko “Do you really need to ask?” i od tego wszystko się zaczęło. Oczywiście najważniejszą rolę w spontanicznym planowaniu wyjazdu do Australii odegrały bilety lotnicze stand by, które miałam możliwość wykorzystać. Organizowanie i planowanie wyjazdu do Sydney odbywało się przez dwa tygodnie do wylotu a ze względu na sytuację rodzinną, nie wiedziałam czy w ogóle uda się polecieć.
          Dostałam jednak od życia zielone światło i dwa dni przed wylotem kupiłam bilety. Ze wszystkich rzeczy, które udało mi się w życiu zrobić ta była najbardziej szalona. Żeby w ciągu dwóch tygodni zdecydować się na wyjazd na drugi koniec świata i to jeszcze na tak krótko. Na początku się wahałam, ale Lydia przekonała mnie mówiąc, że to nie będzie mój pierwszy i ostatni wyjazd do Australii, ale jeden z wielu. Powiedziała też, że teraz mogę przyjechać pobyć w Sydney, zobaczyć jak wygląda tam życie, spędzić czas z dziećmi i pływać w basenie. Podczas mojego krótkiego ale bardzo intensywnego pobytu w Australii udało mi się zobaczyć wszystko, co zaplanowałam. Udało mi się podzielić czas tak, żeby zobaczyć miasto,  zobaczyć jak wygląda życie Sydneysiders i spotkać się z rodziną Andrew, którą przez te wszystkie lata udało mi się poznać w Londynie, kiedy wpadali w odwiedziny. Jedno jest pewne: nie żałuję ani jednej minuty mojego pobytu w Australii i wiem, że wrócę tam jeszcze szybciej niż zakładam.
IMG_1654-2

Prawdziwe lato w lutym podczas gdy w Polsce cały czas jest prawdziwa zima.

    Pierwsze dwa dni po przylocie spędziłam w nowym, pięknym domu i różnymi sposobami próbowałam pokonać jet lag. Przyleciałam do Sydney w piątek wieczorem a zaraz po wyjściu z lotniska uderzył we mnie podmuch gorącego powietrza, ponieważ od kilku dni temperatura przekraczała ponad 40  C. Na lotnisku czekał na mnie Andrew a w drodze do domu żartowałam cały czas, że w sumie jest tak jak w Londynie, wszyscy mówią po angielsku, jedziemy razem w aucie, słuchamy tej samej muzyki co zawsze, rozmawiamy o niczym, jedziemy po złej stronie ulicy i tylko temperatura jest lekko wyższa niż w Londynie. Dopiero przejeżdżając przez pięknie oświetlony Harbour Bridge i mijając Sydney Opera House dotarło do mnie, gdzie jestem. W domu przywitałam się z Lydia, która po cichu pokazała mi cały dom i zaprowadziła do mojego pokoju.  Wchodząc do pokoju zobaczyłam to samo łóżko, tę samą pościel, poduszki i meble, które były w moim starym pokoju i ucieszyłam się, że teraz mój drugi dom jest w Sydney.  Cały czas byliśmy bardzo cicho ponieważ Taisie i Xavi nic nie wiedzieli o moim przyjeździe. Ustaliliśmy, że rano dzieci będą jadły śniadanie a ja po prostu wejdę do kuchni a Andrew wszystko nagra. Dzieciaki oszalały ze szczęścia, Taisie nie wiedziała co się dzieje i że ja to naprawdę ja, a Xavi z wrażenia włożył głowę do miski z płatkami. Podekscytowany Xavi pierwsze o co zapytał, to czy mam kostium kąpielowy i od razu zaciągnął  mnie do basenu na tarasie. Popołudniu walcząc ze snem pojechałam z całą rodziną do centrum handlowego, żeby tylko nie zasnąć w domu i czymś zająć głowę. Wieczorem Lydia z Andrew poszli na koncert a ja upiekłam z dzieciakami pizzę. To nasza mała tradycja ponieważ ja uwielbiam gotować i piec. W Londynie zawsze piekłam pizze od podstaw dlatgeo pierwsze, co zamówiły sobie dzieci to Daga Pizza. Zrobiłam też specjlaną pizze w kształcie Australii i zostawiłam dla Andrew. Niestety przez pierwsze trzy noce budziłam się zawsze o 2 a potem o 4 w nocy a w ciągu dnia musiałam robić krótkie drzemki o 15.00 Z jednej takiej drzemki Andrew i Xavi wybudzali mnie przez godzinę a ja przez kolejne trzy czułam się jakby ktoś mnie przejechał walcem. Było mi zimno pomimo tego, ze temperatura wynosiło 43 stopni i siedziałam owinięta kocem przy basenie, kombinując jak wrócić do łóżka. Na szczęście męczyłam się tylko przez trzy pierwsze noce a czwartą przespałam całą.
IMG_1984

Ostatnie godziny przed wylotem spędziłam na pustej plaży Narrabeen leżącej na północ od Sydney

W sobotę czekała nas wszystkich wczesna pobudka (tzn ich bo ja o 4 rano byłam już gotowa do wyjścia i czytając książkę czekałam aż wstanie reszta). Lydia, Xavi i ja o 7 rano pojechaliśmy pociągiem do centrum, ponieważ Xavi pisał egzaminy wstępne do szkoły. W międzyczasie spacerowałam z Lydią po centrum, zjadłyśmy brunch z widokiem na Harbour Bridge, przed 12 dołączył do nas Andrew i Taisie. Pochodziliśmy jeszcze razem po centrum czekając, aż Xavi skończy pisać egzaminy a wracając do domu Andrew zatrzymywał się przy miejscach związanych z jego dzieciństwem i tym sposobem widziałam dom, w którym się wychował, szkoły do których chodził a nawet szkołę, którą skończyła Nicole Kidman. Po południu spędziłam chyba 2 godziny w basenie z dzieciakami a wieczorem z pomocą Lydii udało mi się zrobić plan zwiedzania, który na dobre rozpoczął się w poniedziałek. Przez pierwsze dwa dni nie zrobiłam żadnych zdjęć, oprócz kilku telefonem. Dlatego w tym poście jest dużo czytania ale w kolejnych będzie za to więcej zdjęć niż tekstu. 
Advertisements