Z Edytą poznałyśmy się 9 lat temu na pierwszym roku fotografii w Krakowie. Od pierwszych dni stałyśmy się nierozłączne i kolejne dwa lata studiów spędziłyśmy razem, dzieląc ze sobą dosłownie każdą wolną chwilę. Łapałyśmy każdą dorywczą pracę, żeby zarobić cokolwiek i mieć na wywoływanie kliszy, wydruk odbitek czy nowy obiektyw. Chodziłyśmy do Kitchu tańczyć do rana, obiady jadłyśmy w barze mlecznym na Podgórzu, spędziłyśmy niezliczoną ilość godzin rozmawiając o zdjęciach i fotografach. Bolały nas kręgosłupy od zarwanych nocy spędzonych na rozmowach na gadu-gadu.  Jeśli miałabym wskazać jedną rzecz, którą określa naszą przyjaźń to będzie to śmiech. Czy jest to śmiech przez łzy, czy śmiech z naszej niezaradności życiowej, czy bezczelnie szydzenie z otaczającej nasz rzeczywistości, to zawsze jest to śmiech.  My po prostu nie potrafimy inaczej.

Po obronach i wystawach dyplomowych Edyta zajęła się fotografią zawodowo (portofolio Edyty możecie zobaczyć na jej stronie edytapotrzasaj.com oraz  na facebooku) a ja wróciłam na lingwistykę. Nie miałyśmy już czasu na spędzanie ze sobą każdej wolnej chwili. Były czasy, że nie widziałyśmy się przez dwa lata ale jak już się spotkałyśmy, to wydawało nam się, że widziałyśmy się wczoraj. I nie ma znaczenia, czy jestem w Anglii, czy w Warszawie, czy Edyta jest w Krakowie czy w Szkocji. Odpalamy skajpa, fejsa, telefony i rozmawiamy. A rozmawiać to my możemy godzinami.

IMAG3970

W styczniu byłam na feriach w Krakowie, spotkałam się z Edytą i uznałyśmy, że musimy gdzieś razem pojechać. W lutym wybrałyśmy termin i tak właśnie spędziłyśmy weekend w Pienińskim Parku Narodowym. W piątek po pracy wsiadłam w pociąg do Krakowa, Edyta odebrała mnie z dworca i poczęstwowała mniez pysznym domowym żurkiem. W sobotę planowałyśmy wyjechać wcześnie rano, żeby nie tracić dnia, więc odpuściłyśmy wyjście w piątkowy wieczór, żeby posiedzieć w domu. Jednak stare krakowskie przysłowie mówi “miało być dobrze a wyszło jak zwykle”. I takim właśnie sposobem wróciłyśmy o 3 nad ranem, bo przecież na Kazimierzu czujemy się jak w domu…

IMAG3812

Wyjechałyśmy z Krakowa po śniadaniu, niestety pogoda od początku nas nie rozpieszczała. Na trasie do Czorsztyna wisiały nad nami czarne chmury, od czasu do czasu popadał deszcz, strasznie wiało i robiło się coraz zimniej. Przyjechałyśmy na miejsce po 14, zostawiłyśmy rzeczy w wynajętym pokoju i poszłyśmy zwiedzać okolice. Takie z nas sieroty, że ani zobaczyłyśmy zamku (zamknięty) ani nie doszłyśmy do jeziora, bo nie umiałyśmy znaleźć drogi. Zrezygnowane wróciłyśmy po samochód i pojechałyśmy do Szczawnicy na obiad. Pogoda zrobiła się cudowna i głupio uwierzyłyśmy, że taka już zostanie.

IMAG3814

W Szczawnicy pogoda zmieniła się z pięknej wiosny w straszną zimową zawieruchę. Błądziłyśmy w śniegu, deszczu i silnym wietrze przez dobre 20 minut szukając jakiegkolwiek miejsca z jedzeniem. Całe mokre, przemarznięte i zmęczone weszłyśmy do lokalu, który lata świetności już dawno miał za sobą. Miło było cofnąć się w czasie i poczuć jak na stołówce z wycieczką szkolną. Za oknem cały czas wiało i padało, była dopiero 16 a zrobiło się ciemno i szaro jak w późne, jesienne popołudnie. My jak te sieroty ubrałyśmy trampki bo kto spodziewa się 2 stopni w połowie kwietnia..

IMAG3831
IMAG3838IMAG3861

Po obiedzie z czasów głębokiego PRLu (ale jakże smacznego!) zrobiłyśmy sobie pamiątkowe zdjęcie w przy wejściu i poszłyśmy po drobne zakupy na kolacje. Plan był ambitny żeby kupić serek i dwie bułki na kolację ale skończyło się na klasycznym zestawie: dwie butelki wina i czipsiory paprykowe. W drodze do domu pogoda załamała się totalnie a my razem z nią. Zaczeło strasznie sypać, w sekundę zrobiło się biało…więc kazałam Edycie włączyć awaryjne i poszłyśmy zrobić zdjęcia, ponieważ ciężko nam było uwierzyć, że pogoda zmienia się co 20 minut.

IMAG3878IMAG3883IMAG3897

Cały wieczór przeleżałyśmy pod dwoma kocami i kołdrą starając się ogrzać. Pomogło wino, ploteczki i kilka odcinków Polskich paragramów rozrywkowych. Do teraz żałujemy. Mogłyśmy skupić się na ploteczkach. Nie wiem komu dziękować za brak telewizora w domu.
W niedziele po śniadaniu poszłyśmy nad jezioro Czorsztyńskie, ponieważ od naszego lokum dzieliło nas dosłownie 10 minutowy spacer. Pogoda znowu nas zaskoczyła, tym razem pozytywnie. Wciąż było zimno i musiałam mieć na sobie dwie bluzy, kurtkę i puchacza, ale świeciło słońce i były piękne, jak my to mówimy, fotograficzne chmury. A na horyzoncie było widać ośnieżone szczyty Tatr.

IMAG3942
IMAG3940
IMAG3944

Po krótkim spacerze nad jezioro musiałyśmy wracać już do Krakowa żebym zdążyła na pociąg do Warszawy. Po drodze zatrzymałyśmy się w szczerym polu bo widoki były niesamowite. Zostawiłyśmy kolejny raz auto na awaryjnych i niczym sarenki pomknęłyśmy przez bagniste pola, żeby zrobić jak najlepsze zdjęcia. Ja robiłam zdjęcia telefonem, Edyta wzięła ze sobą analog. Poszły wszystkie 24 klatki, mam nadzieję, ze jak tylko je wywoła to będę mogła się nimi z Wami podzielić.

IMAG3873
IMAG3973
IMAG3968
IMAG3988IMAG3984IMAG3993

Kolejnym krótkim przystankiem była Niedzica. Pooglądałyśmy zamek, przeszłyśmy się po zaporze i akurat kiedy zaczęło robić się ciepło, musiałyśmy wracać. W Krakowie pojechałyśmy na Kazimierz na obiad gdzie dołączyła do nas moja młodsza siostra. O 17 Edyta rzuciła mnie na dworzec a potem męczyłam się trzy godziny w pociągu próbując czytać. Nasze następne spotkanie planujemy w Warszawie. Musze tylko przywieźć z Olkusza swój analog bo mamy plan na fotografowanie Warszawy.

IMAG4023
IMAG4022
IMAG4004
IMAG4007