Trzeciego dnia obudziłam się dosyć wcześnie i powodem wczesnej pobudki nie było słońce, tylko deszcz. Deszcz, którego miejscowi nie widzieli od początku lata. Nie był to zwykły ciepły letni deszcz. Była to okropna ulewa o 7 nad ranem, po której ulicami płynęła rzeka a moja siostra miała niezapowiedziany dzień wolny, ponieważ cała ceramika i wykop były zalane.

Podniosłam się z materaca na balkonie, odsunęłam kawałek prześcieradła z balustrady (które powiesiłam specjalnie po to, żeby słońce nie parzyło zaraz po tym jak wstanie) i moim oczom ukazały się chmury. I nie było to piękne, błękitne śródziemnomorskie niebo z paroma chmurkami. To było całkowicie zachmurzone niebo, które dobrze znałam z Anglii i o którym tak bardzo chciałam zapomnieć. Nie było mowy o ponownym zaśnięciu, poleżałam chwile, sprawdziłam w przewodniku gdzie dokładnie planowaliśmy jechać i zaczęłam się szykować do wyjazdu. Zanim wyruszyliśmy, razem z Joanną i Jankiem poszliśmy na spacer na plaże w Paphos. Morze wzburzone, duże fale, na brzegu pełno wodorostów wyrzuconych przez morze i bardzo i silny wiatr. Plażowanie nie wchodziło w grę dlatego porobiliśmy zdjęcia i wróciliśmy do domu po auto.

W planach mieliśmy przejechać wzdłuż wybrzeża na południe od Paphos aż do Kourion. Tego dnia musieliśmy wrócić dosyć wcześnie, ponieważ wieczorem zaplanowane było wyjście na meze (typowa cypryjska kolacja, mnóstwo różnorodnych potraw). Jadąc na południe wzdłuż wybrzeą słońce świeciło nam w oczy a ja pierwszy raz zobaczyłam prawdziwy, turkusowy kolor morza.

Pierwsze miejsce, które odwiedziliśmy to park archeologiczny z bardzo dobrze zachowanymi zabudowaniami miasta Kurion. Dla mnie czarna magia bo wszystkie ruiny, kolumny, murki i kamyczki wyglądały tak samo. Dla Janka, Wawrzyńca i Joanny to “archeologiczne siódme niebo”. Przez pierwszą godzinę chodziłam z nimi, po godzinie za nimi, a na końcu położyłam się na murku i zaczęłam opalać bo słońce dało mi w kość. Skupiłam się też na tym co najbardziej mnie cieszyło czyli wspinaniu na wszystkie górki i murki.

Po wyjściu z parku nadeszła wyczekiwana przeze mnie chwila przerwy na plaży. Woda była bardzo ciepła i chyba z cztery razy wchodziłam do wody co się żadko zdarza, bo  nie często mam okazja wchodzić do wody z czystą przyjemnością.  Po kilku godzinach na słońcu przypomniałam sobie, że to że wieje w miarę ostry wiatr nie oznacza, że słońce mnie nie spali.  Skutki tego odczułam dopiero po powrocie do Polski ściągając skórę przez kilka dni.

W drodze do domu podjechaliśmy jeszcze do zamku w Kolossi, przejechaliśmy przez brytyjską bazę wojskową Akrotiri. Teren ten nie należy do Cypru tylko jest jednym z dwóch zależnych terytoriów zamorskich Wielkiej Brytanii. Przez kilka kilometrów czułam jak się w Anglii: angielskie domki, pasy na drodze, znaki drogowe, słupki przy poboczach. Wszystko by się zgadzało tylko temperatura i kolor morza nie pasowały do tych, które znam z Anglii. Udało mi się tylko zrobić dwa zdjęcia ponieważ spieszyło nam się na plaże Afrodyty, żeby zdarzyć przed zachodem słońca.

Petra tou Romiou to miejsce, w którym narodziła się Afrodyta. Tak przynajmniej głosi legenda. Na piasku pełno jest serce ułożonych z kamieni, zakochanych par robiących sobie romantyczne zdjęcia a my trafiliśmy też na sesję ślubną. Słońce szybko zaszło a my musieliśmy wracać do domu ponieważ wieczorem czekało nas wyjście na meze.

IMG_8749IMG_8794IMG_8771IMG_8758c1IMG_8793IMG_8804IMG_8817IMG_8820IMG_8822IMG_8851IMG_8853c2IMG_8914IMG_8917c3IMG_8950_DSC1873c8IMG_9190
Jedyne grupowe zdjęcie naszej objazdowej ekipy.
IMG_9015IMG_9166c5c9IMG_9262IMG_9285c6_DSC2069
Advertisements