Mój pociąg przyjechał punktualnie a Ilse czekała już na peronie. Nie widziałyśmy się dokładnie rok, ponieważ w wakacje Ilse nie przyjechała do Ascot dlatego dwa dni, które miałam spędzić w Holandii, były idealne żeby nadrobić zaległości. Przeszłyśmy na nogach do jej mieszkania w samym centrum Leeuwarden, rzuciłam moje toboły w pokoju, który przygotowała dla mnie Ilse (pierwszy raz od dwóch tygodni miałam pokój dla siebie, z  wielkim dmuchanym materacem, nikt nie chrapał, nikt nie śmierdział i nikt nie wstawał wcześniej niż ja. Bosko!)

Cały wieczór spędziłyśmy na balkonie pijąc wino i opowiadając najważniejsze ploteczki. Był wtorek, byłam zmęczona po intensywnym dniu a Ilse szła do pracy następnego dnia. Przed snem zapytałam jaki jest plan na jutro i Ilse przedstawiła mi dwie opcje z których mogę wybrać: wstać rano i pojechać z nią do szkoły na 8 rano do Gorredijk a po pracy  pozwiedzać okolicę albo  zostanę w domu i będę spać a popołudniu pochodzimy po Leeuwarden. Odpowiedź była tylko jedna i padła dosyć szybko: jadę z Ilse!
Po siedmiu godzinach snu budzik zadzwonił o 6:30 a ja czułam jakbym spała tydzień. Wzięłam szybki prysznic, wybrałam z moich podróżniczych ubrań zestaw, który najbardziej nadawał się na wizytę w szkole. Wyjechałyśmy po 7 rano i jak kocham i uwielbiam Holandię to drogi to szkoły nie zapomnę nigdy. Przez 50 minut jazdy po lewej stronie wychodziło słońce a po prawej widziałam szerokie, płaskie pola pełne krów, owiec a czasem koni.To wszystko topiło się we mgle, która unosiła się nawet w okolicach szkoły. Coś pięknego. Nie wiedziałam czy patrzeć w lewo czy w prawo.
Do szkoły dojechałyśmy po 8 i zostało około 25 minut, żeby przygotować pierwszą lekcję.Ilse uczy WF i angielskiego i w planie miała pierwszy WF, potem przerwę i trzy lekcje angielskiego. Powiedziała, że bez problemu mogę z nią być na lekcjach i nikomu to nie będzie przeszkadzać. Zaraz po wejściu do szkoły spotkałyśmy dyrektora, któremu Ilsewytłumaczyła, że pracowałyśmy razem w Londynie i teraz ja odwiedzam, dlatego spędzę z nią dzień w szkole. Przywitałam się, przedstawiłam na co zachwycony dyrektor powiedział “piękny angielski akcent”. Po WF wszyscy nauczyciele mówili “to ta” lub “to ona” (Ilse mi przetłumaczyła) i wszyscy byli przejęci wizytą nauczycielki z Anglii (nikt nie wiedział, że jestem z Polski). W przerwie Ilse przygotowała lekcje angielskiego uwzględniająca native speakera ( czyli mnie) i oprowadziła mnie po szkole. Chodząc i przyglądając się dzieciom, pracy nauczycieli po raz kolejny uświadomiłam sobie, że lubię moją pracę, lubię uczyć i chyba chciałabym kiedyś popracować w Polsce w liceum albo gimnazjum. Może za rok się zdecyduję?
Lekcje angielskiego były bardzo ciekawe. Dzieci, które dopiero zaczęły uczyć się angielskiego, były bardzo podekscytowane i patrzyły na mnie jak na kogoś, kto przyjechał z daleka i jest inny. Ilse wymyśliła zadanie: ja miałam opowiadać o sobie, jak ma na imię, co robię, skąd jestem, gdzie mieszkam, ile mam rodzeństwa i czym się zajmuje. Ja mówiłam a dzieci musiały zapisać odpowiedzi. W sumie były do przeprowadzenia trzy lekcje i wyszło tak, że ja je poprowadziłam a Ilse tłumaczyła dzieci nie rozumiały. Najfajniej było jak mówiły do mnie po niderlandzku, bo skoro znam Ilse to muszę z nią jakoś rozmawiać.I pierwszy raz będąc w klasie i ucząc, dzieci nie mówiły do mnie Pani Daga, nie mówiły do mnie Miss Daga tylko Mehraw Daga.  
Nasze lekcje skończyły się po 14 wiec szybko zdecydowałyśmy, że jedziemy nad morze. Takiego prawdziwego morza z plażą we Fryzjii nie ma, ponieważ dookoła jest dijk (czyli grobla). Pojechałyśmy mimo wszystko nad morze do Lauwersoog zjeść rybę i pospacerować. Jadąc nad morze Ilse specjalnie wybrała trasę z pięknymi holenderskimi domkami i malowniczymimiasteczkami. Ilse zabrała mnie do małego portu, w którym jest mała restauracja dla lokalnych rybaków. Najlepsze ryby i frytki jakie jadłam. To jest jeden z powodów, dla których lubię odwiedzać moich znajomych i przyjaciół bo oni wiedza gdzie dobrze zjeść. Po naszym pysznym obiedzie poszłyśmy na spacer wzdłuż wału. Po zrobienie wystarczającej ilości zdjęć zdecydowałyśmy się wracać ,bo chciałam jeszcze zobaczyć Leeuwareden. Przyjechaliśmy do domu przed  18 i  udałam się do mojego pokoju na power nap (drzemkę). Musiałam się położyć bo oczy same mi się zamykały. 
 
 
                          

 

Po godzinie byłam gotowa do wyjścia. Najpierw pojechaliśmy do Albert Hijna zrobić małe zakupy. Chciałam kupić prowiant na piątek, mój ostatni dzień, który miałam spędzić w pociągu od 6 rano do 21 wieczorem. To była ostatnia okazja, żeby spokojnie nabyć wszystkie produkty, jakie były niezbędne to przeżycia całego dnia w pociągach. Kupiłam też kilkasłodyczy dla mojego przyjaciela Tomka: zawsze przywożę mu lokalne słodkości:) tym razem mam całą reklamówkę “łakoci i witamin” z mojej trzytygodniowej wyprawy. Tomek, szykuj się!
Zaczęło się ściemniać, więc szybko przeszłyśmy miasteczko i zaszłyśmy do ulubionej knajpyIlse. Piłam lokalne piwo i jadłam holenderski przysmabitterballen( małe klopsiki w panierce, polecam gorąco!)i kibbeling (kawałki dorsza w  panierce )  Po raz kolejny czułam się jak w Krakowie, to oznaczało, że dom jest blisko. Nie siedziałyśmy długo ,bo Ilse musiała iść do pracy na drugi dzień a ja musiałam się jeszcze spakować.
Rano Ilse podrzuciła mnie na dworzec w drodze do pracy. Na szczęście miała na 10:30 więc mogłam pospać dłużej. Mój plan dnia zakładał przyjazd do Niemiec, do Bremen ok 16.00 Musiałam tak czy tak przesiąść się w Gronignen ,dlatego zdecydowałam wyjechać wcześniej i mieć dwie godziny, żeby pochodzić po centrum. Piękne miasto, piękna jesień, piękne kanały, piękne rowery. Chodząc po centrum i gubiąc się co jakiś czas doszło do mnie, że jeszcze trzy dni temu byłam w Portugalii i chodziłam po gorącym piasku a teraz spojrzałam pod nogi i zobaczyłam suche, żółto-brązowe liście. Nie tylko zmieniały się kraje, zmieniały się też pory roku.
 
                        

 

Udało mi się trafić to starego antykwariatu, znalazłam regał z angielskimi książkami i wybrałam Nabokova na strawę duchową a dla ciała zjadłam wczesny obiad, kupiłam pocztówki i wsiadłam do pociągu do Bremen. Pożegnałam sie z Holandią i po 30 minutach widziałam i czułam, że jestem w Niemczech. Wystarczyła pierwsza stacja, żeby uświadomić sobie, że jestem w kraju, w którym wszystko chodzi jak w zegarku i każdy przestrzega najmniejszych zasad.
Advertisements