W Portugalii spędziłam 7 dni i jeśli pomyśle o moim pobycie w tym pięknym kraju, to cały ten pobyt zlewa się w jeden obraz, na którym widać plaże, klify, ocean i słońce. Muszę chwilę pomyśleć, żeby przypomnieć sobie poszczególne dni. Nie będę szczegółowo opisywać każdego dnia, zrobię to w postach, w których przygotuję relacje zdjęciową a w tym opiszę, mniej więcej, co działo się przez 7 dni.

 
                        
                        

 

Z przygodami przyjechaliśmy do Lagos i plan na nasz pobyt był prosty: jesteśmy w jednym miejscu kilka dni, codziennie chodzimy na plażę i mamy zwykle, leniwe wakacje. Pierwszą noc spędziliśmy w hostelu, ktory jako jedyny miał wolne miejsca. Ja dostałam pokój z paniami a Sam trafił na starych dziadków. Poznaliśmy Alberrta z Kandady, ktory poszedł z nami na dość późną kolacje. Byliśmy bardzo zmęczeni, wiec zgodnie wybraliśmy najbliższa knajpę i zamówiliśmy proste dania, żeby długo nie czekać. Po kolacji poszliśmy spać ponieważ poprzednia noc nie należała do udanych.
 
Rano przenieśliśmy rzeczy do drugiego hostelu, w którym zabukowaliśmy dwie kolejne noce, i poszliśmy na plażę. Cały dzień chodziliśmy po klifach co jakiś czas schodząc na plaże w małych zatoczkach. Wieczorem wyszliśmy na miasto z naszym współlokatorem z Kanady, Simonem. Wszystkie kolejne dni aż do piątku wyglądały tak samo: w ciągu dnia odsypianie, popołudniu plaża, wieczorem wyjście do miasta. W czwartek czułam, że kolejny dzień zapowiada się tak samo, wszystko wygląda jak klasyczny dzień świstaka i jeśli czegoś nie zmienię to oszaleję. Pojechaliśmy popołudniu do Sagres na klify. Bardzo wiało ale odzyskałam wiarę w nasze podróżowanie.
 
W piątek zgodnie stwierdziliśmy, że pora uciekać z Lagos, które nazwałam portugalskim Mielnem. Musieliśmy wymeldować się z pokoju o 1 a pociąg do Lizbony był dopiero o 17. Sam przez trzy godziny oglądał South Park a ja znalazłam połączenie lotnicze do Brukselii na poniedziałek bo wszystkie nocne pociągi były pełne. Czas nas gonił ponieważ ja musiałam spotkać się z Eline a Sam musiał wracać do Londynu.
 
                       

 

 
W Lizbonie pierwszą noc spędziliśmy w hostelu a na kolejne dwie wynajęłam mieszkanie z airbnb. Po dwóch tygodniach tułaczki po hostelach i przygodach z przeróżnymi współlokatorami dwupokojowe mieszkanie to jak wymarzony prezent pod choinkę. Jeden dzień w Lizbonie spędziliśmy chodząc po mieście bez celu a drugiego dnia pojechaliśmy pozwiedzać zamki w Sintrze. Jeden wieczór spędziłam chodząc po starym mieście robiąc zdjęcia. W poniedziałek wylecieliśmy rano do Belgii i przespaliśmy całą drogę. 
Advertisements