Madrid wasn’t on our to-visit-list but popping in to the capital of Spain is never a bad idea. 

Those who have been to Madrid know what I’m talking about. We had to leave Barcelona quite early as the plan for the day was pretty busy: we had just one night in Madrid and next day, on the way to Sevilla, we wanted to spend some time in Cordoba. As we were walking on La Rambla to take the tube to the train station, it started pissing down so we were glad we were leaving Barcelona to head down south. After spending a year in England the proper sun is always your number one. 
After checking in we went for a short walk because I wanted to show Sam some interesting buildings which, to be honest, didn’t go very well. We got lost in Retiro, had a very bad dinner (not to say the worst paella ever) but spent an hour in an Irish Pub having a well deserved pint of Guinness (that wasn’t very Spanish- it was very English to go abroad and run to the nearest English/Irish pub for a pint). Next morning we checked out, booked a hostel in Sevilla and took the train to Cordoba. I think we spent almost 5 hours wandering around the old town, trying to find the bridge, getting lost many, many times and getting used to the hot Spanish weather. All was perfect unti we found a nice and cosy restaurant where we decided to have Menu del día. The food we had was great but I learnt my lesson and will never ever have a three course meal in the early afternoon in Spain. TOO HOT!
We were full and could bearly walk to the train station but we made it! Sevilla get ready!


Madrytu nie planowaliśmy w ogóle, ale jak się potem okazało, nasze planowanie było bardzo luźnie i ograniczało się do odpowiedzi na jedno pytanie: gdzie jutro śpimy? Wiedzieliśmy, że chcemy jak najszybciej dostać się na południe do słońca i plaży. Z Barcelony najszybciej było jechać przez Madryt, więc zdecydowaliśmy się na jedną noc w stolicy Hiszpanii, żeby nie spędzić całego dnia w pociągu i nie oszaleć, chociaż to szaleństwo bardziej groziło mnie, bo Sam zawsze śpi. Pociąg ruszy i on po 3 minutach śpi. To samo w autobusie, metrze, tramwaju. Wsiada, siada i zasypia. Dlaczego ja tak nie umiem?

                                     

 W pociągu do Madrytu podjęłam próbę obejrzenia filmu z hiszpańskim dubbingiem i napisami. Próba zakończyła się sukcesem. Dokończyłam też kilka wpisów na bloga (tak czas mijał mi najszybciej), ładowałam telefony, iPada, aparat i jak zawsze robiłam zdjęcia przez okno. W hostelu mieliśmy 4 innych facetów- sami Azjaci. Nie chcieli nawiązać kontaktu, a za każdym razem, kiedy Sam otwierał okno, jeden z nich wstawał i zamykał. Poza tym cały czas siedział na łóżku i grał w jakaś grę na telefonie. Jak można przyjechać do Madrytu i siedzieć w pokoju, grając w grę? Postanowiliśmy uciekać jak najszybciej i iść pozwiedzać miasto, bo mieliśmy tylko jeden wieczór. Póki świeciło słońce, chciałam pokazać Samowi miejsca, które znam (byłam w Madrycie 4 lata temu przez tydzień i miałam najlepszego przewodnika na świecie, więc Madryt znam dosyć dobrze i dobrze wspominam). Odhaczyliśmy klasyki turysty i szukaliśmy czegoś do jedzenia. Bardzo chciałam pokazać Samowi park Retiro i tak bardzo nam się spieszyło, że w drodze do parku zaszliśmy do Irish Pubu, żeby odpocząć. Ponieważ byliśmy przeokropnie głodni, zamówiliśmy sobie po jednym daniu głównym (dzięki któremu poznaliśmy się w Anglii), czyli po szklance czarnej irlandzkiej ambrozji: Guinness. Jak to w Irish Pubie za barem stał Irlandczyk, z którym było bardzo wygodnie porozmawiać, bo mówił po angielsku i nie trzeba było się gimnastykować. Siedzieliśmy tam chyba z 45 minut i ledwo się zebraliśmy, żeby iść do Parku. Niestety jak już tam trafiliśmy, to było ciemno, nie było ludzi, zgubiliśmy się trzy razy, a na koniec jak z automatu zaczęły strzelać wodą nawadniacze do trawy. Cudownie. Resztkami dobrego humoru i sił zdecydowaliśmy szybko poszukać czegoś do jedzenia. Pani w hostelu zaznaczyła nam na mapie, gdzie fajnie i tanio zjeść, ale okazało się pózniej, że zaznaczyła, gdzie fajnie i tanio wypić. Szukając czegoś, co wygląda smacznie i w miarę porządnie, weszliśmy do knajpy, która oferowała paelle dla dwóch osób, z winem, przystawkami i innymi bajerami. Zmęczeni już konkretnie zamówiliśmy zestaw dla dwojga, bo cały czas chodził nam po głowie smak paelli z Barcelony. Na początek kelner podał kilka plasterków szynki i kiełbasy, potem pokrojoną na części główkę sałaty z marchewką, cebulą i sosem. Na koniec wjechało długo wyczekiwane danie główne, którego jak się potem okazało długo nie mogliśmy zapomnieć. I chyba nigdy nie zapomnimy. Paella mixta czyli każdy znajdzie coś dla siebie. I znaleźliśmy. Ja znalazłam ość wbitą w moje gardło po 5 minutach walki z którymś z owoców morza. Nagle łzy w oczach, ręce do góry, kaszlę, ksztuszę się, macham rękoma i biegnę do łazienki zwymiotować. Wracam do stolika i siadam jak dama na Titanicu. Tylko że już nie chciało mi się jeść. Sam tylko wyłowił ryż (tak, wyłowił, to była jakaś tania zupa a nie paella), poskubał trochę krewetek i jednocześnie stwierdziliśmy, że to jest tak paskudne, że trzeba ewakuować się jak najszybciej. Na szczęście po drugiej stronie ulicy były małe piwka po €0,50, więc poszliśmy się zrelaksować. Przed drugą wróciliśmy do hostelu i naszego pokoju. Azjaci pozamykali okna, więc duszno okropnie. Kładąc się spać, słyszę jakieś dziwne odgłosy. Wychylam się i patrzę jak jeden z Azjatów na przeciwko na łóżku robi brzuszki. To był jakiś cyrk. Rano zebraliśmy się jak najszybciej na pociąg do Cordoby, żeby wykorzystać dzień w drodze do Sewilli.

                                         

 W Cordobie chcieliśmy spędzić tylko kilka godzin, żeby nie skończyć w pociągu cały dzień. Dojechaliśmy lekko po 12 i bez mapy, na tak zwanego czuja, zaczęliśmy szukać centrum. Po około 15 minutach od wyjścia z pociągu trafiliśmy do centrum starego miasta. Przez cały czas czuliśmy się jak w labiryncie: wąskie uliczki, wszędzie białe domy, kompletna pustka i cisza. Dzięki temu udało nam się poczuć klimat miasta, a konkretniej: siesty. Wszystko pozamykane, pusto, głucho tylko nasze kroki i echo było słychać. Doszliśmy w końcu do mostu, porobiliśmy zdjęcia i zdecydowaliśmy poszukać miejsca, w którym smacznie i tanio mogliśmy zjeść. Trochę nam zajęło znalezienie odpowiedniego lokalu ponieważ chcieliśmy podejść z turystycznego oka cyklonu. Znaleźliśmy restaurację z pięknym, zacienionym patio. Rzuciliśmy się na menu del dia za €10 od osoby. I jak jedzenie było pyszne i idealnie przygotowane, tak bardzo później żałowaliśmy obfitego obiadu z trzech dań i deseru o 16 w 36 stopniowym upale. Ledwo się doczołgaliśmy do dworca, żeby zdąrzyć na pociąg do Sewilli. Udało się w ostatniej chwili. I tak właśnie zaczął się nasz pobyt na południu półwyspu iberyjskiego.

Advertisements