Barcelona przywitała nas gorącym podmuchem powietrza. 28C na termometrze o 22:00 to coś, o czym w Anglii mogłam pomarzyć. Byliśmy bardzo zmęczeni i od razu chcieliśmy pojechać do hostelu ale na drodze stanęło nam metro i trochę się zamotaliśmy szukając naszej stacji. W hostelu miła pani dała nam mapę (która była bardzo pomocna) pokazała pokój i powiedziała witajcie w Barcelonie. Zeszliśmy do common roomu zagrać w pool. Sam zapytał czy na pewno chce grać bo jak on to mówi “kobiety nie potrafią prowadzić, czytać mapy i grać w pool a ich rolą jest gotowanie, sprzątanie i rodzenie dzieci”. Zawsze się śmiejemy z tych stereotypów i jak tylko jest coś w czym facet powinien z założenia być lepszy to Sam to powtarzał i się śmiał. A ja zawsze odpowiadałam mu, ze widać mało mnie zna i żeby się przypadkiem nie przejechał. Zaczęliśmy grać, ja nieśmiało poprosiłam o wskazówki, o przypomnienie zasad i pokazanie jak ułożyć dłonie. Gramy, gramy i po 15 minutach wściekły Sam pobiegł rozmienić monety bo jeszcze nigdy nie przegrał z laską w pool:) drugą grę wygrał Sam albo może to ja dałam mu wygrać?
                             

 

Przed północą poszliśmy na miasto poszukać czegoś do jedzenia. Chodziliśmy w kółko szukając czegoś dobrego, błądziliśmy po uliczkach i w końcu trafiliśmy na główny płac z mnóstwem restauracji. Wybraliśmy jedną z tych, które miały stoliki na zewnątrz bo caly czas bylo bardzo ciepło a my po 6 godzinach w pociągu z klimatyzacją raczej nie byliśmy fanami zamkniętych pomieszczeń. Zamówiliśmy po wielkim piwie i paelle, która okazała sie jednym z najlepszych posiłków jakie jedliśmy. Była tak duża i tak dobra, że jedliśmy ją ponad godzinę. Około 2 w nocy kelner zasugerował, ze już chcą zamykać wiec zapłaciliśmy i poszliśmy na plaże. Trochę nam zeszło i chyba pobłądziliśmy znowu bo jak w końcu dotarliśmy po 3 na plaże to jedyne co miałam ochotę zrobić, to położyć sie na piasku i spać. Po godzinie, kiedy moje oczy same sie zamykały, stwierdziliśmy że chyba czas wracać bo zanim dojdziemy do hostelu to będzie rano. Po drodze znowu sie zakręciliśmy więc złapałam taxowkę. Kolejny raz dobrze podjęta decyzja.
                       

 

Wychodząc rano z hostelu w poszukiwaniu czegoś na śniadanie trafiliśmy na targ, który był zaraz przy naszym hostelu. Niestety i tłum i ceny nie były zachęcające ale co się naogladalismy dobrodziejstw hiszpańskiej ziemi to nasze. Najciekawsza była sekcja z mięsem. Sam był zdziwiony, że wszystko leży tak luźno poukładane (w Anglii i w Australii wszystko paczkowane) a ja nie mogłam się napatrzyć na głowę owcy z mętnymi oczami i długimi rzęsami. Staliśmy chyba z 15 minut przed gablotą z owcą i rozmawialiśmy o tym jak traktujemy zwierzęta. Pointą naszego dyskursu było zdanie, które powiedział Sam : kiedyś jak przyjadą obcy na naszą planetę to my będzie leżeć za szybką i nasze głowy będą na sprzedaż. No nic. Zobaczymy jak to będzie. Kupiliśmy oliwki, owoce, ser i ruszyliśmy w poszukiwaniu parków i ciekawych uliczek. Nie mieliśmy konkretnego planu zwiedzenia Barcelony. Ja już byłam w Barcelonie a Sam chciał się rozejrzeć i pospacerować. Jedyne co chcieliśmy zobaczyć to Sagrada Familia i Park de Guel. Cały dzień chodziliśmy raz w lewo, raz w prawo, trafiliśmy też na bardzo dobre jedzenie do małej knajpki. Zawsze wybierając miejsce do jedzenia patrzyliśmy gdzie jedzą miejscowi. Tym razem po raz kolejny to był dobry trop. Tak dobry, że znowu  po 3 godzinach pani zasugerowała żebyśmy już zapłacili i poszli. Do parku podjechaliśmy metrem, wspięliśmy się po schodach na samą górę i zaczęliśmy skakać po parku. Była już 18 i powoli trzeba było wracać w kierunku hostelu zeby zdarzyć na pub crowl a jeszcze chcieliśmy zobaczyć Sagrade Familie. Błądząc kolejny raz miedzy uliczkami usłyszeliśmy straszny huk, potem poczuliśmy dym i krzyki ludzi. Poszliśmy sprawdzić co się dzieje i trafiliśmy na rozpoczęcie swieta ognia. Poprzebierani dzieci, tance, odpalane race i wszędzie iskry ognia. Muzyka, bębny i cała masa ludzi podąrzająca za procesja.  Sami mieszkańcy , żadnych turystów i my. Szliśmy za nimi chyba z 20 minut i jak tylko skręcili to odłączyliśmy się od nich i ruszyliśmy przed siebie. Kupiliśmy po mojito na drogę i zaczęliśmy się rozglądać za czymś na kolacje i mieliśmy mało czasu bo centrum miasta było coraz bliżej a tam wiadomo straszne ceny. Zdecydowaliśmy się na jamón iberco, ser i bagietkę. Znaleźliśmy fantastyczne miejsce gdzie miły pan doradził co kupić,naostrzył nóż i przy nas ukroił plasterki szynki. W drodze do hostelu musieliśmy zobaczyć jeszcze jedno miejsce na naszej liście do zwiedzania: Sagrada Familia. Doszliśmy tam akurat na zachód słońca co było bardzo pomocne bo turyści już sobie poszli i została tylko garstka okolicznych mieszkańców. Usiedliśmy na murku przy mały stawie w parku za Sagradą i spędziliśmy tak  chy a z godzinę gadając o głupotach i obserwując ludzi. Na koniec zobaczyliśmy śmiesznego pana, który bardzo się starał zapozować do zdjęcia. Zrobił to w tak komiczny sposób, że Sam chciał tez zdjęcie w takiej pozycji. Od tamtej pory zawsze mieliśmy niezły ubaw z “pozy pana z Barcelony” a Sam wiedział jak będzie pozował do zdjęć.
                  

 

Plan na wieczór był dosyć napięty bo musieliśmy szybko zjeść kolacje w hostelu (wyrzuciliśmy na stół wszystko co mieliśmy w plecaku i zjedliśmy hiszpański mix: oliwki, pomarańcze, ser, szynkę, pomidory, bagietkę i awokado. Popijając Estrella oczywiście. Po naszej bogatej kolacji mieliśmy mało czas up, żeby przygotować się na pub crowl organizowany przez hostel. Bardzo dużo osób się zebrało i facet, który to organizował wymyślił grę: kto pierwszy zapamięta imiona i kraj pochodzenia wszystkich ten dostanie darmowego drinka. Wiadomo kto wygrał dwa razy… Przecież to jest oczywiste, ze z moją praktyką zapamiętywania imion uczniów (co tydzień ponad 60 nowych twarzy) zapamiętane 20 osób w kilka minut to pikuś. I ten wlasnie pikus pomógł mi w wygraniu dwóch drinków.
Łącznie poszliśmy do trzech knajp a na koniec do klubu z wyjściem na plaży. Impreza jak każda, nic co  warto było opisać nie miało miejsca. Wróciłam do domu o 5 rano i miałam przed sobą tylko 4 godziny snu bo o 11 musieliśmy się wymeldować i uciekać na pociąg do Madrytu, było ciężko lalę się udało. Wychodząc z hostelu zaczęło się oberwą je chmury. W kilka sekund La Rambla zrobiła się pusta ale my śmiało szliśmy w stronę metra samym środkiem bo przecież mieszkamy w Anglii i deszcz nam nie straszny.
W Barcelonie byłam po raz drugi i powiem szczerze, że nie powala mnie na kolana. Chyba jest za bardzo przereklamowana chociaż bardzo piękna. Na pewno chętnie wrócę ale zastanowię się dwa razy zanim wybiorę się w sezonie. Może na wiosnę? A może znowu przejazdem? Who knows.
Advertisements