Niby cały pierwszy dzien miałam spędzić w pociągu co pewnie każdemu z założenia wydawałoby sie nudne ale w moim przypadku przygody zawsze mnie znajda. Taki los..

Po całym dniu spędzonym na zakupach, pakowaniu, praniu i zegnanaiu sie z Londynem i gdy Jessica już wyszła a komputer zabrał Krzysiek myślałam, ze już nic nie stanie mi na przeszkodzie w dokończeniu pakowania. Zeby nie było nudno i zeby ktos do mnie mówił włączyłam telewizor. Wciskam guziczki jeden za drugim i nagle słyszę głos stwórcy- Norman Freeman “Skazani na Showshank”. Uwielbiam ten film i historie Andy’ego dlatego postawiłam sobie cel: film trwa do 23:50 wiec ja w tym czasu będę oglądać i dokończę pakowanie. Plan idealny legł w gruzach już po 20 minutach kiedy złapałam sie na intensywnym oglądaniu…i nic poza tym. Na jedej sofie położyłam rzeczy do zabrania a na podłodze rzeczy do wysłania do Polski. Kiedy skończył sie film nastała rzecz, do której każdy sprzątacz/ pakowacz nie chce doposcic. Niestety mnie sie nie udało i tak wlasnie o 12 w nocy (5godzin przed wyjściem z domu) z podłogi zniknęły wszystkie większe gabarytowo rzeczy a zostało tak zwane nieokiełznane dziadostwo. Pełno małych gowieniek, których żal wyrzucić “to sie na pewno przyda” oraz “to muszę mieć chociaż nie korzystam” zaczęłam przekładać z miejsca na miejsca a potem zrobiłam jedna wielka kupę z tych gowieniek. Niestety nic to nie pomogło bo teraz dziadostwo zamiast wszędzie było w jednym miejscu. No wlasnie. Dalej było. Rozejrzalam sie po pokoju i zobaczyłam reklamówkę z Kauflandu. “stary poczciwy Kaufland on nigdy nie zawodzi” i jednym ruchem zgarnelam wszystko do środka, zakleilam taśma i wrzuciłam do kartonu. Poszłam spać o 1 a wstać musiałam o 4 zeby równo przed 5 wyjść z domu.

Wychodząc z domu było ciemno i całe miasto spalo. Bramki do metra były jeszcze otwarte, sklepiki i budki na stacja pozamykane i nawet nie wszędzie była gazeta Metro. Czułam sie jakbym sie wymykala mojemu miastu, jakbym wyjeżdżała z niego bez pożegnania i robiłam to zanim sie obudzi. W metrze byli jak zawsze aktywni biznesmeni czekający z kawa w ręku na pierwsze metro, bylo kilka wczorajszych przypadków a tak to pustka. Dojechałam na London St Pancras dokładnie o 6 rano. Po odbiciu biletu, kontroli bezpieczeństwa, miły w budce sprawdził mi paszport i powiedział “Witamy we Francji” na co ja w duszy pomyślałam sobie ” panie jaka Francja toz to Londyn”. Czekając na pociag zdążyłam sobie kupic herbatę i wielka bułkę która miała mi służyć jak prowiant. 10 minut przed odjazdem podstawili pociag, znalazłam swoje miejsce (nie miałam wspopasazera) i wygladalam przez okno za do momentu kiedy konduktor powiedzial ze zaraz wjeżdżamy do tunelu pod kanałem La Manche i będziemy nim jechać ok 20 minut. Nie wiem jak to sie stało ale oko mi sie zamknęło i otworzyło jak konduktor krzyczał ze za dwie minuty dojeżdżamy do Lille Europe. Szybko sie zebrałam bo to moja stacja przesiadkowa na pociag do Paryża. Chodzę po peronie szukam i nie ma mojego pociągu. Patrzę na rozkład i tez nie ma. Sprawdzam rezerwacje i jest jak byk takie połączenia. W sekundę oblalam sie potem i myśle “wysiadłam na złej stacji to nie moja”. Wtedy spojrzałam na rezerwacje jeszcze raz i przypomniałam sobie ze muszę przejść ze stacji Lille Europe, na która przyjeżdżają pociągi międzynarodowe na stacje Lille Flandres. Zostało mi tylko 30 minut wiec pobiegłam za znakmi, które mówiły ze moja stacja jest oddalona “tylko”10 minut. Tylko w przypadku jak ktos ma czas a ja miałam pol godziny i jeszcze musiałam odebrać rezerwacje.

Podbiegłam do maszyny, wsadzam kartę a maszyna mówi ze nie przyjmuje takich kart. “Jak to?” zadałam sobie pytanie nie wiem na co licząc, ze ktos mnie zrozumie? Próbowałam w trzech maszynach, czasu coraz mniej wiec biegne do informacji. Dwa okienka. Młody koleś i babeczka. Obieram na szybko taktykę i idę do kolesia bo to koleś coś tam powiem po francusku, uśmiechnie sie bla bla i nagle przedemna ustawia sie solidna grupa starców na wózkach. Fak. Przeklnelam po angielsku i już chce iść do babeczki a ona wystawia kartę “przerwa”. Rozglądam sie za jakimś innym punktami widze okienko od sprzedaży biletów. Mała kolejka, dwóch kolesi wiec ustawiam sie do pierwszego i mowię “bonjour, do you speak English?”a młodzieniec w okienku “a little bit” z takim slodkim francuskim akcentem. Mowię mu wolno i drukowanymi literami ze nie mogę wydrukować rezerwacji a on ze to zła stacja ze mam wrócić, iść w lewo w prawo i prawie ze przez góry lasy i rzeki.. Myśle sobie chłopie nie mam czasu na wojaże po dworcu tylko mów mi pan gdzie mój pociag. A on w lewo i w prawo. Biegne. Nic nie ma. Wracam do innego punktu obsługi i podbiegam do pana ktory był chyba księgowym. Mowię ze Help, ze pociag, ze rezerwacja a on Qui Qui i zabrał karte i poszedł. Za chwile wraca i mówi ze to ten dworzec i inna pani wydrukuje moje rezerwacje. Idę za nim do Pani a Pani Qui Qui pan Qui Qui ja tez dodałam swoje Qui Qui i tak stoimy i gadamy a mnie czas ucieka. Pani wydrykowla, pan podał ja merci, pan merci, pani merci ja już w nogi bo pociag za 6minut a pana wzięło na rozmowy. A co a jak a z kim a jak długo a dlaczego sama… Krzyknęłam mu tylko Qui Qui Merci Becaoup i w nogi. Dobieglam do pociągu, wsiadam, siadam i jadę. Po godzinie byłam w Paryżu.

W Paryżu plan był banalnie prosty. Miałam już rezerwacje i musiałam sie tylko przesiać z Dworca Paris Nord na dworzec Paris Montparnasse. Z moim bogatym doświadczeniem z transportem publiczny, wchodzę na cwaniaka na stacje i szukam gdzie kupić bilet. Tym razem miałam ponad godzinie i byłam spokojna do momentu jak zobaczyłam ze znowu starcy siluja sie z maszyna zeby kupic bilet i wystukać pin. W końcu mi sie udało, zabieram bilet, wchodzę przez bramki i stanęłam jak wryta. Znaków na stacji jak drzew w lesie, każdy mówi co innego, nie mogę znaleźć mapki. W końcu odkryłam ze mam szukać lini 4. Znalazłam, jadę 14 przystanków. Wysiadam, idę za znakami na stacje główna i znowu jestem na peronie metra. Idę jeszcze. Znowu metro. Idę znowu i tez metro. Dobra nie ma czasu na zabawę z kotka i myszke z paryskim metrem, szybki skan ludności i wybór padł na panią w średnim wieku. Mówi pani po angielsku?  “A little bit” super myśle sobie i pytam jak na ten dworzec a ona zaczęła bełkotać po francusku. Z tego monologu i machania rękoma wylapalam w prawo i w lewo na koniec ja machnelam ręka, krzyknęłam merci i poszłam. Trafiłam na stacje, widze mój pociag z daleka, sprawdzam numer wagonu, idę do swojego, znalazłam miejsce i siadam. Rozsiadlam sie wygodnie i nagle jakieś zamieszanie, jeden koleś biega jak oszalały po wagonie, sprawdza numery, siedzenia, szuka, pyta, krzyczy. Ludzie, którym kazał wstać tez zaczęli szukać, czytać bilety, numery siedzeń i po 10 minutach zaanagzaowych było około 15 osob.  “Ha! Jak w sejmie” pomyślałam i dostosowalam sie do mojej kolejnej zasady podróżniczej “jeśli nie rozumiesz to afera cie nie dotyczy”. Na lini frontu coraz bardziej gorąco, wszyscy stoją koło mnie i krzyczą, mnie już zaczynaja wkurzyć i nagle ktos wola “Madamme” a po chwili pardone mademuaselle..Myśle sobie,ze teraz mnie wciągną w aferę. Mowię ze ja nie rozumiem a oni jakie mam miejsce. Jak mowię ze 66 i to jest mój bilet. A inicjator afery patrzy na mnie i mowi “ale wagon 9 a pani jest w 10”. W pośpiechu zebrałam rzeczy, powiedziałam pare razy Qui Qui i uciekłam do swojego wagonu a tamtych czekała niezła roszada. Znalazłam swoje miejsce, obok mnie Francuz chciał zagadac i nie wiedział jak. Po dwóch godzinach podaje mi Francuski magazyn i pyta czy chce poczytać. Mowię,ze chętnie ale nie rozumiem. I dał mi spokój.

I tak wlasnie minęły mi pierwsze godziny podróży. 

Teraz zbieram sie i wychodzę z hostelu w San Sebastian. Jadę dzisiaj do Zaragossy i potem Madryt albo Barcelona. Będę pisać w miarę możliwości.

Advertisements