Kilka razy zabierałam się do napisania o tym jaki był cel wyprowadzki do Londynu i co tak naprawdę tu robię. Tydzień temu pomyślałam, że skoro tyle już tu jestem to może nie ma sensu opisywać i wracać do początków. Jednak dzisiaj jest ważny dzień i nie chodzi mi o Pierwszy Dzień Wiosny.

large (1)
Siedem lat temu mieszkając we wschodnim Londynie, dzieląc pokój z Pawłem (a cały dom z szóstką emigrantów) bardzo często spędzaliśmy całe noce na tak zwanych “nocnych rozmowach o życiu”. Z perspektywy czasu niektóre pomysły mnie śmieszą, ale nasze podejście do życia uważam za odważne. Chyba najlepiej wspominam najczęstsze podsumowanie naszych wywodów życiowych. Otóż jako młodzi (dwudziestoletni) emigranci, którzy wyjechali z Polski, zostawili poukładane życie (kto to widział rzucać studia!) pocieszaliśmy się nawzajem, że damy rade (bo kto jak nie my!) i że jesteśmy młodzi a “stara z dziećmi nie płaczą w domu” (to najczęściej mówił Paweł jako chłopak ale ja się podpisywałam pod tym czym tylko mogłam).
Londyn to mój drugi dom i już pierwszego dnia zakochałam się po uczy. Moja kariera studencka i zdobywanie wykształcenia wyższego przypominają trochę wejście na jeden z ośmiotysięczników. Droga przez mękę trwała 7 lat a i tak póki co jestem na Rocky Summit i wielkimi krokami zbliżam się na wejście na Broad Peak. Ile zajmie mi samo wejście na Broad Peak? Tego nie wie nikt, ale celuję, że mniej niż 7 lat.
W tak zwanym “międzyczasie”, podczas studiów wyszło nieoczekiwanie czym będę się zajmować w życiu i co sprawia mi przyjemność. Zaczęło się od stażu w szkole (a jakże inaczej) w Londynie, podczas którego okazało się, że jestem dobra w te klocki i poproszono mnie żebym zdobyła potrzebne uprawnienia, żeby móc pracować w UK jako nauczyciel angielskiego. Zdobyłam co trzeba i zaczęłam jeździć w wakacje pracować jako nauczyciel. Kiedy udało się w końcu skończyć studia cały rok spędziłam ucząc w Krakowie. Lubiłam moją pracę, bo jak to się ładnie nazywa, miałam nienormowane godziny pracy (czyli nawaliłam lekcji na maxa i uczyłam od rana do wieczora) i sama sobie byłam szefem. Jeździłam cały czas rowerem, poznałam wiele ciekawych zakamarków Krakowa i podkrakowskich wioseczek, udowodniłam sobie, ze Polacy nie gorsi od Duńczyków i też mogą jeździć rowerem w zimie. Mogłam brać urlop kiedy chciałam, udało mi się dzięki temu co miesiąc odwiedzać nowe miejsca poza granicami Polski. I nadszedł czas żeby zadać sobie pytanie czy to już wszystko i czy tak będzie zawsze.
Moim marzeniem, które powoli spełniam (wg planu założonego cztery lata temu) jest własna szkoła językowa. Nigdy nie pracowałam w szkole w Polsce, a całe moje nauczycielskie doświadczenie zdobyłam w Anglii. Wiedziałam, że muszę popracować w szkole żeby zobaczyć jak działa prowadzenie szkoły od środka. I wtedy przypomniałam sobie co mówiliśmy sobie często z Pawłem. “Dzieci nie płaczą” więc można jechać. I zdecydowałam wyjechać na rok bo kiedy jak nie wtedy? Przysłowiowe dzieci nie płakały, interesu nie miałam (i dale nie mam), w dowodzie <30, praca na wakacje była w Anglii więc wystarczyło tylko zostać na wyspie.
Pracy szukałam w szkole i chciałam albo uczyć albo pracować w administracji, żeby zobaczyć jak wygląda prowadzenia szkoły. W dniu powrotu z Irlandii dostałam maila od mojego szefa, że szukają kogoś do pracy i żebym się zgłosiła. Wysłałam CV, poszłam na rozmowę i dostałam prace. I tak zaczęła się moja kolejna przygoda w International Community School w Londynie. Pracuję jako nauczyciel i osoba, która pomaga uczniom wymagającym pomocy. Przez pierwszy semestr pracowałam z jedną dziewczynką z zespołem Downa 1-1, w drugim semestrze zaczęłam uczyć inne dzieci z mniejszym lub większym upośledzeniem i cały czas pracowałam z moją podopieczną. I właśnie praca z nią oraz to, że dzisiaj obchodzony jest Światowy Dzień Zespołu Downa sprawiły, że postanowiłam napisać o mojej pracy.
Nie będę wchodzić w szczegóły, napiszę tylko że bardzo lubię to co robię, pracuję z najlepszymi ludźmi od których nauczyłam się nie tylko jak pracować z chorymi dziećmi ale też jak je zrozumieć i jakiej pomocy potrzebują. Zanim zaczęłam pracę nigdy nie miałam kontaktu z osobą z zespołem Downa. Zastanawiałam się dlaczego tak było i odpowiedź otrzymałam od Renato, z którym pracuję i który nauczył mnie najwięcej. Podczas przygotowań do obchodów 21 marca u nas w szkole Renato powiedział, że u niego w Brazylii ludzie z zespołem Downa są niewidoczni i dlatego ludzie myślą, że w Brazylii ich nie ma. Wtedy uświadomiłam sobie, że w Polsce jest tak samo. Że oni są niewidoczni, że społeczeństwo też po części uważa, że oni nie istnieją, nie widać ich na ulicach, w sklepach, w pracy. Może się mylę, ale wystarczy sobie odpowiedzieć czy ktoś widział kiedyś osobę z zespołem Downa pracująca np w sklepie? Albo miał okazje porozmawiać z taką osobą? Czy wiedziałby jak to zrobić? Ja nie miałam i mówię tu o trzech różnych miastach (Olkusz, Kraków i Warszawa).
Polska to dobry kraj, cały czas się zmienia i wg mnie na dobre. Dowodem na to jest ta rodzinka, która prowadzi bloga na Facebooku o swoim synku, który urodził się z zespołem Downa. A dla tych, którym nie chce się przeglądać Facebooka, znalazłam wywiad w Dzień dobry TVN z rodzicami Kosmitka.
Z okazji Światowego Dnia Zespołu Downa na YouTube umieszczono film, którym powinien obejrzeć każdy.
Advertisements