Jeśli ktoś lubi podróżować, poznawać nowe miejsca, odkrywać je nie tylko na mapie oraz uczyć się historii nie z książek, ale stojąc przed miejscem, które wpisało się w historie świata, to dla takiej osoby nie ma znaczenia, czy to będzie tydzień, czy kilka godzin w nowym miejscu. Bo każdy kolejny krok, bo za każdym zakrętem jest coś wartego poznania. Najbardziej w nowym miejscu lubię kilka pierwszych godzin. Działają wtedy u mnie zmysły poznania i skojarzeń, czasem nowe miejsca silnie kojarzą mi się z miejscami, w których już byłam albo z jakąś sytuacją, którą już przeżyłam. Jeśli dane miejsce nie kojarzy mi się z niczym to staram się zapamiętam jak najwięcej pierwszych myśli o nowym miejscu. Przypinam nowemu miejscu łatkę i zawsze po kilku minutach wiem, czy warto wrócić i odkrywać więcej i jeszcze. Tak było z Lizboną, w której spędziłam 24 godziny a pierwsze dwie pozwoliły mi wpisać ją na listę miejsce, do których chętnie wrócę i będę wracała.

DSC08694-2

Dlaczego tylko 24 godziny? Takie udało mi się kupić bilety w grudniu i to był mój prezent świąteczny ode mnie. W mojej pracy nie mogę brać urlopu bo co 3 tygodnie mamy albo tydzień albo trzy wolnego więc wszystkie wyjazdy trzeba planować na konkretne terminy. Ja akurat latam wtedy do Polski więc do dyspozycji zostają mi tylko weekendy. Szukałam taniego biletu do miejsca, w którym jeszcze nie byłam i które jest wystarczające na szybkie zawarcie znajomości. Lizbona okazała się idealna.

DSC08699-2DSC08700-2

Leciałam w sobotę rano o 7 więc  noc spędziłam na lotnisku. W samolocie odbiłam sobie zerwaną noc i byłam gotowa na zwiedzianie! Lizbona przyjęła mnie słońcem i palmami zaraz po wyjściu z lotniska. Pojechałam się przebrać do mojego mini hostelu, zostawić rzeczy i w miasto. W drodze na lotnisko kupiłam przewodnik ale na miejscu zdałam się na tak zwane ‘oko’. Szłam tam gdzie uważałam, że jest ciekawie, nie interesowały mnie za bardzo zabytki i bieganie żeby odhaczyć top 10.
Lizbona jest piękna, zachwyciła mnie w zimową, styczniową sobotą i wydaje mi się, że przyczynił się do tego brak turystów. Większość sklepów, knajp, punktów, które kuszą w sezonie była zamknięta. Mogłam się szwendać godzinami pustymi uliczkami oglądając architekturę, która była na wyciągniecie ręki bo nie było ani ludzi na chodnikach ani liści na drzewach.

DSC08701-2DSC08702-2
DSC08708-2

Ten, kto podróżuje sam doskonale zna uczucie braku swoich zdjęć. Z jednej strony jest to dla mnie plus bo nie mam i nienawidzę turystyczno-albumowych zdjęć, a z drugiej strony jedyne zdjęcia jakie mam to odbicie w witrynach, lustrach, szybach, tafli wody lub zwykły cień. Zdjęcie powyżej to jedyne, które mam. Zrobiłam je przy rzecze Tag spacerując i szukając dobrego miejsca na odpoczynek. Lizbona położna miedzy dwoma wzgórzami to wyzwanie dla tych, którzy nie lubią chodzić. Ja chodzić uwielbiam ale z górki i pod górkę średnio co 10 minut może zmęczyć każdego. Tak często jak poziom nachylenia ulic zmieniała się pogoda. Akurat tego się spodziewała, bo Portugalia w zimie jest raczej  deszczowa a po wietrznej i mokrej Anglii deszczowa i słoneczna Lizbona jest jak najbardziej do zaakceptowania.

DSC08710-2DSC08713-2DSC08714-2DSC08717-2

Idąc Rua Augusta trafiłam do Muzeum Designu, w którym spędziłam ponad godzinę. Jest małe ale bardzo mnie pochłonęły wystawione rzeczy. Później trafiłam na Elevador de Santa Justa a że miałam bilet na wszystko to wjechałam na górę, żeby zobaczyć panoramę miasta. Czerwone dachówki, ciasno poukładane kamienice jedna przy drugiej, wąskie uliczki i mało ludzi chodzących po ulicach. Mogłam sobie tylko wyobrazić jak jest w lecie, kiedy temperatura sięga ponad 30 stopni a ulicami nie da się przejść od tłumów.

DSC08723-2DSC08732-2DSC08736-2DSC08740-2

Najbardziej w Lizbonie podobała mi się architektura a jak zobaczyłam wiszące pranie (w styczniu!) to piałam z zachwytu. Ciężko było mi zrobić zdjęcia bo uliczki wąskie i nie miałam swojego aparatu bo został w Polsce i musiałam pożyczyć małego gupka. Jak widać gupek dał rade. Chodziłam po mieście i chodziłam i tak jak pisałam większość miejsc była zamknięta, w samym centrum nie mogłam nawet znaleźć spożywczego żeby kupić coś do picia. Szłam i szłam, końca mojej tułaczki nie było widać. Dopiero po 16 doszłam nie wiem gdzie ale było tam wielkie centrum handlowe. Weszłam się zagrzać bo zaczęło mocno wiać. Zrobiłam małe zakupy i… zgubiłam się w tym wielkim centrum, które miało 6 pięter w górę i 3 w dół. Trafiłam na kino i kupiłam bilet na film. Obejrzałam 12 Years a Slave z portugalskimi napisami, poszłam jeszcze po portugalskie przysmaki i wróciłam na nogach do hostelu.

DSC08745DSC08747DSC08751DSC08758-2

Jak to w ciepłych krajach bywa nie było ogrzewania w moim pokoju (czego się spodziewałam i przygotowałam odpowiednie szaty do spania). Spałam w grubych skarpetach, getrach, ciepłej bluzie, pod kołdra a na kołdrze położyłam ‘skórę” z białego niedźwiedzia, która służyła jako dekoracja /IKEA?/ i poszłam spać. Spałam równe 12 godzin i to był najlepszy sen stycznia.

Advertisements