Mój plan na wyjazd do Polski na święta był bardzo prosty i dokładnie przemyślany. W czwartek po pracy mieliśmy w szkole imprezę z okazji świąt, po pracy miałam wrócić do domu i dopakować ostatnie rzeczy, w piątek rano wstać, zabrać walizki, iść do pracy i wyjść z niej o 15 żeby zdążyć na samolot do Gdańska gdzie miałam wylądować o 21:40. Brzmi prosto, łatwo i wygodnie. Nie było. Zapraszam na opowieść o trzech najbardziej zwariowanych dniach poprzedniego roku.
photo 1

Środa 11 grudnia

Po pracy jadę na ostatnie zakupy świąteczne do największego centrum handlowego w Londynie, umieram trzy razy szukając czegoś fajnego, robię zakupy w Tesco i wracam do domu przyrządzić jakieś danie, które każdy powinien przynieść na imprezę pracową. Pomysłów brak, ambicji i chęci tym bardziej. Mięso mielone zawijane w cieście francuskim z ostrym sosem czosnkowym-jak impreza będzie drętwa zawsze będzie można zwalić na czosnek. Kończę gotować o 11, szykuje się do pracy i idę spać.

Czwartek 12 grudnia

(Na ten dzień na 6 rano kupiłam w październiku bilet do Gdańska żeby lecąc do Polski na święta spędzić trochę czasu nad polskim morzem i zrobić sobie wakacje. W listopadzie okazało się ze jednak będzie ciężko wyrwać się z pracy (bo każdy by chciał) i jest impreza 12 grudnia w naszej szkole z okazji świat. Kupuje nowy bilet na 13 grudnia do Gdańska na 18. Wszystko fajnie, bo będę na imprezie i zdarzę na samolot po pracy. Kupując sprawdzam kalendarz i myślę “piątek 13 pewnie ludzie będą narzekać i sapać ze pech ze bla bla bla” ale klikam i nie ma odwrotu. Jak się później okaże mogłam nie klikać, olać imprezę i mieć święty spokój.)

Wstaje o 6, szykuje się do pracy ubieram ostanie zimowo-pracowe ubranie (reszta spakowane od poniedziałku i zostały tylko letnie szaty). Zarzucam włos na lokowke, narzucam cienka warstwę mejkapu, ubieram płaszcz, pakuje do torby moje danie i dwa pudełka z sosem czosnkowym i dumnie wychodzę z domu o 7:30. Dumnie maszeruję ulica na przystanek, podśmiewam się ze starego Angola, który skrobie szron z auta i myślę sobie “skrob skrob żebyś ty wiedział co to jest prawdziwe odśnieżanie auta” i w tym momencie słychać wielkie duuuub. W sekundę role się odwracają: ja leżę na ulicy jak rozjechana żaba, sos rozwalony, spodnie pęknięte w pół na kolanie, kolano na asfalcie (i asfalt w kolanie) i Angol, który na chwile zaprzestał swojego skrobania i zerknął tylko na mnie nie pytając nawet “all right?”

Zebrałam się z tej ulicy, zostawiłam sos i wróciłam do domu się przebrać. Wszystkie ubrania spakowane, udaje mi się wyciągnąć czarną letnia mini. Wkładam rajstopy, schodzę na dół ubrać buty i ręce mi opadły-oczko na pół nogi. Biegiem do pokoju, szukam nowych rajstop i po 5 minutach w końcu wychodzę z domu a raczej wypełzam bo chodzeniem bym tego nie nazwała. Kuśtykam z obdartym obpalsterkowanym kolanem na przystanek i z daleka widzę jak migają mi dwa czerwone autobusy.”shit” zaklnęlam stanowczo i zaczęłam kuśtykać do metra. 30 minut później umordowana jak po godzinnym maratonie dochodzę do metra żeby dowiedzieć się, że znowu jest ‘signal failure’ i metro nie jeździ. Musiałam kombinować i przesiadać się kilka razy żeby spóźniona 45minut dojechać do pracy i zobaczyć nowe oczko w nowych rajstopach i wyciągnąć rękawiczki oblane sosem czosnkowym. What a day..

Impreza po szkole była bardzo udana, dużo jedzenia, tańce śpiewy i zabawa do ostatniego metra. Wróciłam do domu przed północą i nastawiłam budzik na 4:30 żeby dopakować ostatnie rzeczy przed wyjazdem. 
photo 1

13 grudnia piątek.

Ten dzień to chyba najciekawszy dzień tego roku bo tylu przygód w ciągu 24 godzin nie miałam nigdy.

Musiałam wstać o 4:30 żeby się spakować do końca, posprzątać pokój i wyjść. Nie mogłam znaleźć karty sim z polskim numerem, przekopałam wszystko i abba Fatima była karta i ni ma. Włączyłam mamę do pomocy żeby jakoś załatwić duplikat. Okazało się, że ja nie mogę duplikatu uzyskać w Sopocie bo telefon nie jest na mnie ale mama wysłała mi nową kartę sim, którą miałam sobie odebrać w Warszawie w poniedziałek a jak wyląduje w Gdańsku to kupie sobie za ostatni złotówki starter. A bo jeszcze nie pisałam, że był problem z polską walutą 🙂 Jak byłam w Polsce w październiku to zmieniłam rodzaj konta żeby nie płacić ze jego utrzymanie i to wiązało się z nową kartą do bankomatu. Jak wiadomo karta przyszła na adres domowy w Olkuszu i nie miałam dostępu do pieniędzy na moim koncie. Dobrze, że była u mnie siostra tydzień przed wylotem i zostawiła mi 10 zł a ja wygrzebałam jakieś monety i miałam całe 20 PLN.

Dzień w pracy był w miarę luźny bo rano poszliśmy do zimowego wesołego miasteczka w Hyde Parku (Winter Wonderland) a ja jako SEN teacher (special education needs) miałam darmowe przejazdy na różnych atrakcjach. Wyszłam z pracy o 15 załadowana moimi pakunkami i walizką. Dojechałam na lotnisko, poszłam zważyć bagaże i wyszło, że mam 3kg za dużo. Wyciągnęłam 3 kg z walizki i siłą upchnęłam rzeczy w plecaku. Na szczęście Ryanair dodał drugi darmowy bagaż podręczny wiec sobie poradziłam. Poszłam nadać bagaż stawiam go na wagę i patrze 15,8 kg. Myślę fuck i zrezygnowana wyciągam kasę żeby płacić za dodatkowy kilogram gdy nagle słyszę “It’s OK, it’s nearly Christmas”. Nie wierzyłam w to co słyszę ale okazało się prawdą. Zadowolona poszłam do kontroli bezpieczeństwa ale cały czas coś mi chodziło po głowie i mówiło, że nie może być tak pięknie i coś się kroi. 

Podczas kontroli bezpieczeństwa musiałam czekać na mój plecak bo okazało się, że razem z milionem rzeczy wepchnęłam tez cztery lakiery do paznokci a przecież to też liquid. Czekając chyba z 20 minut byłam świadkiem jakiejś abstrakcyjnej sytuacji. Obok mnie czekała na swój bagaż para Hiszpanów. Zero angielskiego,  strach w oczach, nie śmiałam myśleć co było w majtkach… 🙂 Podchodzi do nich miły, młody Anglik (przystojny)  i pyta grzecznie czy coś mają. Oni patrzą bo sobie, zaczynają machać kończynami, mówić po Hiszpańsku… mnie włączył się lingwistyczny bohater i resztkami wiedzy o języku hiszpańskim zaczęłam tłumaczenie symultaniczne.  I promise did my best. Zarówno młody Anglik jak i para zwariowanych Hiszpanów poczuli ulgę. Młody Anglik grzebie, szuka, maca i nagle wyciągając zdobycz wypowiada głośne What the fuck…? i woła resztę brygady, Hiszpanie machają coraz bardziej a ja nie mogę powstrzymać się od śmiechu. Otóż para zwariowanych Hiszpanów postanowiła przewieźć w bagażu podręcznym maskę przeciwgazową kompletnie nie rozumiejąc zamieszania jakie wywołała.

Kilka dni przed wylotem okazało się, że moja koleżanka z pracy też leci do Gdańska tym samym lotem. Czekając na nią przed wejściem do samolotu próbowałam z moich 5 pakunków (tak, miałam dwa ale była strefa bezcłowa i mnie poniosło) zrobić dwa. Walczę, upycham, pocę się, wkładam, przekładam i nagle słyszę jakiegoś Anglika, który z najwyższą dozą uprzejmości mówi do mnie Don’t you worry ma’am, you’re allowed to have to pieces of hand luggage. Odwarcam się i mówię I know but I’ve got five a on bez niczego mówi Oh yes, you’re right. Good luck with that i czmychnął bezczelnie.

Przed wejściem do samolotu spotkałam się z Gosią i wszystko było super do momentu komunikatu pilota, że szykujemy się do lądowania w Krakowie. Ludzie patrzą po sobie, ktoś wstaje, ktoś zadaje pytania a my mówimy, że to jakiś żart i gadamy dalej. Po 10 minutach pilot mówi, że jednak się pomylił i lądujemy w Gdańsku. Pomyślałyśmy, że koleś sobie robi jaja. Taki żartowniś. Po kolejnych 10 minutach pilot mówi, ze jest mgła najbliższe lotnisko, które nas przyjmie to Kraków. Wyłączył mikrofon i jazda na pełną wysokość. I wtedy zaczął się cyrk. Jedni zaczęli wyzywać Ryanaira, ja zaczęłam się śmiać, palacze zaczęli gryźć papierosy, pomimo sygnalizacji zapiąć pasy ustawiła się dosyć długa kolejka do toalety a jedna babeczka bez niczego krzyknęła “patrzcie ale ludzi sranie wzięło”. Myślałam, że ten tekst to była wisienka na torcie ale nie! Odwracam się a za mną dwa przysłowiowe Cześki już mocno po kielichu pytają co się dzieje, bo oni nie bardzo z angielskim. Mówię im co jest grane a oni ze spokojem że “w Krakowie to jeszcze nie piliśmy” i ciach. Ktoś zaczął krzyczeć, że to piątek 13ego, że mgła a ja bez niczego palnęłam, żeby ludzie byli spokojni bo w Krakowie nie rosną brzozy… Wylądowaliśmy przed 23 i przy wychodzeniu z samolotu zobaczyłam czterech młodych Anglików, lekko zagubionych i mocno zdezorientowanych. Pytam czy byli kiedyś w Polsce, mówią że raz w Warszawie i niepewnie pytają gdzie jesteśmy. Mówię, że w Krakowie a oni pytają czy to daleko do Gdańska.. powiedziałam, że 10 godzin autokarem, radośnie wyciągnęłam ręce ku górze i niczym komitet powitalny krzyknęłam Welcome to Poland.
Na lotnisku wyszedł jakiś cieć, powiedział szybko, że jest organizowany transport naziemny do Gdańska i uciekł. Ja tam nienarzekałam bo mam mieszkanie w Krakowie problemem był brak kasy i brak telefonu. Na lotnisku był tylko bufet oblegany przez głodnych pasażerów więc musiałam wymienić walutę po bardzo ale to bardzo złym kursie. Przyjechałyśmy do mieszkania i lekko po północy w drodze do Tesco po jedzenie podjełyśmy decyzje, że jedziemy pierwszym pociągiem do Gdańska czyli o 4:49. Gosia musiała wracać tak czy tak do domu a ja miałam opłacony weekend w Sopocie wiec nie mogłam odpuścić. Trzy godziny snu, pożyczka kasy od siostry, prowiant z Tesco i o 4:40 siedziałam w pociągu do Sopotu. Po 24 godzinach udało mi się dojechać do Gdańska i stamtąd do Sopotu. To się nazywa prawdziwe tu i tam 🙂

IMG_20131214_045857IMG_20131214_045716IMG_20131214_085704
photo 2

Advertisements