Znowu lipiec, znowu wakacje i ja znowu w Anglii. Ostatni raz, kiedy byłam w lipcu w Polsce to 2008 roku ale chyba nie ma czego żałować bo z tego co pamiętam to w Polsce są takie upały “że nie da się żyć” albo ” są takie burze i tak zimno, że też nie wiadomo jak żyć”. Mnie na szczęście czeka w Anglii mało zaskakująca pogoda.
Po co przyjechałam w tym roku? Po części po to samo, po co od kilku lat. Jutro zaczynam prace w summer school i będę pracowała jak nauczyciel języka angielskiego. Czeka mnie 6  tygodni ciężkiej pracy, spania po kilka godzin ale doświadczenie i przeżycia są nie do powtórzenia nigdzie. Ze względu na to, że będę w jednym miejscu dosyć długo, zmieniam trochę profil bloga na dziennik. W Ascot, gdzie będę, nie mam bieżącego dostępu do internetu a i czasu mało, dlatego blog będzie służył mi jako środek komunikacji z Polską 🙂
Zawsze przyjeżdżam do Anglii kilka dni przed rozpoczęciem szkoły, żeby się rozgadać, najeść muffinów, nasłuchać i nacieszyć się spokojnym życiem anglików zanim wpadnę w sam środek międzynarodowego szaleństwa. Te trzy dni spędziłam na Wimbledonie mieszkając z moja Rodzinką (kto mnie zna osobiście to zna Rodzinkę państwa V. a kto nie zna to musi jeszcze poczekać ale kiedyś ich opiszę)
. Wimbledon 002

Cały poniedziałek spędziłam we wszystkich środkach komunikacji. Gdy wreszcie dojechałam na Wimbledon, wyszłam ze stacji zobaczyłam bramki, które podczas trwania turnieju ustawiane są dla kibiców i turystów, którzy chcą dojechać na korty. W tym roku witała mnie panna Williams ale mam nadzieję, że za rok przywita Agnieszka 😉
We wtorek obudziłam się o 6 i jak zawsze pierwszy dzień bardzo mi się dłużył. Nie miałam dużych planów na ten dzień, chciałam tylko iść do banku i założyć sobie konto. Wiedziałam, że będzie do problem ponieważ   w większości banków potrzebne jest potwierdzenie adresu czyli jakiś rachunek. A ja takiego nie mam bo skąd? Chodziłam po Wimbledonie od banku do banku mówiąc, że chce założyć konto bo pracuję, jestem z Polski, nie mam potwierdzenie i co mam zrobić. Wszyscy zapraszali mnie jak zdobędę potwierdzenie adresu. Na końcu moich poszukiwań trafiłam do Santander i pomyślała, że to moja ostatnia szansa no bo Hiszpanie są tacy wyluzowani… udało się ale obsługiwała mnie jakaś angielska łamaga. W każdym razie po 30 minutach udało mi się wypełnić wniosek i po 7 dniach listonosz Pat powinien przynieść mi kartę do bankomatu i wszystkie dokumenty.

Wimbledon 005

W planach było też kupno karty do telefonu ale ja mam bardzo sprecyzowane wymagania (nielimitowany dostęp do internetu) i żeby taką kupić muszę mieć konto w banku także czekam. Po dwóch godzinach wracałzm do domu, ponieważ chciałam zdąrzyć na mecz Agnieszki. Po drodze, nie wiem czemu, pierwszy raz zzwróciłam uwagę na róże. Po chwili do mnie dotarło, że przecież to są te słynne English roses. Wyciągnełam aparat i idąc chodnikiem fotografowałam co lepsze okazy. Przed jednym domkiem były i to tak  bardzo dużo i takie pieknie, że musiałam im zrobić zdjęcia z bliska. Podeszłam i zaczełam fotografować z każdej strony. Nagle zobaczyłam nieruchomo stojącą i wrednie patrzącą w moją stronę angielską starszukę. Zaczęłam uciekać w podskokach bo wiem z doświadczenia, że takie spotkania mogą źle się skończyć.
Wimbledon 015

Wieczorem siostra napisała mi, że to we wtorek były urodziny Diany, chyba najsławniejszej Angielskiej róży, którą tak pięknie żegnał Elton na pogrzebie. Po drodze szukałam też Pata ale nie było ciekawego okazu. Nie wiem dlaczego ale bardzo mocno pamiżtam i kojarzż angielskie bajki. A Pata uwielbiam.

Wimbledon 028Wimbledon 032

W domu obejrzałam mecz, pomogłam odrobić zdanie domowe małej i zbierałam siły na dzisiaj. Na dzisiaj na kolacje była zaplanowana pizza robiona przez Pizza Lady- Daga. Moja rodzinka wynajmuje jeden pokój studentom z Wimbledon School of English. Teraz jest jedna dziewczyna z Włoch a na dzisiaj w odwiedziny zapowiedzieli się też chłopcy (2, też Włosi) którzy mieszali z nimi rok temu. Dlatego po szybkich zakupach w Tesco i próbie dojścia do tego, czy Tesco próbuje nam coś przekazać sprzedając łopaty od odśnieżania na początku lipca, wróciłam do domu żeby obejrzeć mecz polaków na Wimbledonie.
Po pierwszym secie zabrałam się za robienie ciasta. Na szczęście miałam wszystko zaplanowane i drożdże przywiozła z Polski, ponieważ w Anglii są tylko suche. W sumie od 16 do 21 wykarmiłam  osób serwując 8 pizz. Włosi powiedzieli, że śmiało mogę konkurować z włoską pizzą. Grazzie!
Po kolacji spędziłam 2 godziny tłumacząc piątce Włochów (jedna mieszka, dwóch przyszło odwiedzić, a kolejnych dwóch przyszło odwiedzić tę pierwszą) co zobaczyć w Londynie i gdzie iść na zakupy. Po sześciu godzinach w kuchni padłam na łóżko i nie mogłam wstać przez 30 minut. Teraz kończę pisać ponieważ jutro rano o 9 jadę już do Ascot. Jutro i w piątek mamy dwudniowe szkolenie a w sobotę przyjeżdżają pierwsze dzieciaki czyli około 180 i trzeba ich wszystkich ogarnąć. Mam nadzieję, że uda mi się napisać w piątek. Trzymać kciuki!
Wimbledon 073kkk

Advertisements