Ostatni przystanek InterRail 2012 to Walencja. Dojechaliśmy późnym wieczorem, nocowaliśmy u mojej koleżanki ze studiów, która akurat była tam na Erasmusie, dlatego zaraz po tym jak nas spotkała to zaprowadziła nas do miejscowego chińczyka, u którego bez problemu zaopatrzyliśmy się w odpowiednie trunku celem…zresztą każdy wie jaki był tego cel to co ja będę wchodzić w szczegóły 🙂

Wieczór spędziliśmy na dachu razem z pozostałymi mieszkańcami. I tak najlepiej wspominam kolesia, któremu dałyśmy przezwisko “reżyser”. Podobno zajmował się produkcją filmów iks iks iks ale jedyne co do niego pasowało to przesyłanie linków na fejsie. Chyba chciał komuś zaimponować ale komu i czym…
9 dzień podróży był przeznaczony na zwiedzanie Walencji ale ze względu na okropny upał (a raczej naszego lenia) oglądaliśmy olimpiadę i razem z Justyną poszliśmy na plaże jak wróciła z pracy. Plaża ogromna, szeroka, wyjątkowo mało ludzi ale baaaardzo wietrznie przez co myślałam, że jest chłodno. No ale każdy zna stare polskie przysłowie ” Wiatr opala i cień też”
Po plaży chcieliśmy bardzo zjeść prawdziwą Paella Valenciana ale mimo tego, że restauracja wyglądała na porządna to to, co zaserwowali nie nadaje się nawet do tego żeby rozpisywać się o braku smaku i braku wszystkiego. Jak zawsze plany na wieczór były wielkie ale jedyna wycieczka, jaką udało nam się zrealizować było znowu wyjście na dach i jedzenie pizzy zrobionej na grillu!
Cały pobyt w Walencji to tylko plaża, wieczory na dachu i zwiedzanie  La Ciudad de las Artes y las Ciencias. Dlatego właśnie z Miasteczka Sztuki i Nauki mam najwięcej zdjęć. Do centrum się nie wybieraliśmy bo ja byłam już trochę zmęczona po 10 dniowym intensywnym zwiedzaniu (w końcu z Londynu do Walencji pokonaliśmy ok 2200km)
Cukierki był najlepsze. Każde państwo miało swojego cukierka-flagę!
Oczywiście nie ma zwiedzania bez obecności “naszych”. Nasi są wszędzie i zawsze można liczyć na naszych.
W tych basenach nie można się kapiać, moczyć stópek a nawet się ochłodzić. Jednak polakom nie straszne żadne zasady i zakazy i weszłyśmy z Justyną do nich. Po 10 minutach przyleciał miejscowy żandarm i gwizdał jak szalony. Także można tam wejść ale raczej trzeba się trzymać brzegu, bo jak napadnie nas ochrona a my będziemy w środku sadzawki to raczej ucieczka będzie wolna i zagrożona bo płytki czy inny marmur są bardzo śliski i mozna koncertowo wyrżnąć.
    Próba ucieczki przed gwizdającym hiszpanem.

Jedyne miejsce, do którego można było wejść legalnie ale za skromną opłata był obiekt poniżej. Można było walczyć z wodą, brakiem wiatru, swoim własnym ciałem i litrami potu wchodząc do dmuchanej kuli i zapierdzielać niczym chomik w kołowrotku. Ja tam nie wchodziłam ale miałam swoich dwóch wysłanników 🙂 Wyglądali komicznie walcząc z równowagą i “śliską wodą” a ja bezczelnie stałam na brzegu i robiłam zdjęcia.

Chciałam Ci Hustina raz jeszcze podziękować za przenocowanie nas w Walencji i czekam na moment, kiedy będę mogła się odwdzięczyć ! 🙂



 W ostatnim czyli 10 dniu czekał na nas tylko dojazd do Madrytu. Ja ostanie minuty w Walencji spędziłam na poszukiwaniach magnesu na lodówkę bo bez nich nie wyjeżdżam a zbieram je namiętnie. I “bele gówna” też nie kupię. Pociągiem do Madrytu, noc i rano na lotnisko i lot do Warszawy. Koniec wakacji InterRail 2012. Następny post to będzie podsumowanie cenowe, z mapami i wskazówkami czyli tak zwany rachunek 10 dni na zachodzie.

W ost