var _gaq = _gaq || []; _gaq.push([‘_setAccount’, ‘UA-38604589-1’]); _gaq.push([‘_setDomainName’, ‘panidaga.blogspot.co.uk’]); _gaq.push([‘_setAllowLinker’, true]); _gaq.push([‘_trackPageview’]); (function() { var ga = document.createElement(‘script’); ga.type = ‘text/javascript’; ga.async = true; ga.src = (‘https:’ == document.location.protocol ? ‘https://ssl’ : ‘http://www’) + ‘.google-analytics.com/ga.js’; var s = document.getElementsByTagName(‘script’)[0]; s.parentNode.insertBefore(ga, s); })();

Opisałam już pierwsze pięć dni podróży czyli Francję to teraz czas przejechać dalej na południe i zawitać do mojej ukochanej Hiszpanii (i niestety przekonać się, że cztery lata studiów i nauki hiszpańskiego jak psu w dupę).
Wydostanie się z krainy złodziejaszków i podejrzanej atmosfery towarzyszyło mi do końca moich minut w tym jakże pięknym mieście- Marsylii. W okolicach dworca kręci się pełno łudzi proszących o “pożyczenie” telefonu bo pilnie muszą zadzwonić a potem tylko ich widzisz jak migną ci za zakrętem a ty jak to najsłabsze ogniwo zostajesz z niczym. Dlatego rada jest jedna: nie dawać, nie korzystać i nie pokazywać swoich eletronicznych cacek w okolicach dworca i szemranych typków.
Plan przejazdu z Marsylii do Barcelony był wg mnie był idealnie prosty. Jednak gdy stałam w kolejce po miejscówkę, czas dłużył się okropnie i niestety nie zdążyłam na pociąg i musiałam czekać dalej, żeby kupić miejscówkę na następny. Po 25 minutach miły francuz z naklejką “speaking english” uświadomił mi, że wydostanie się z Marsylii nie będzie wcale takie proste bo miejscówek nie ma na żaden pociąg na następne 3 dni i że powinnam się tego spodziewać bo w okresie wakacyjnym wszyscy chcą się dostać do Barcelony. A że na granicy są góry to opcje transportu są bardzo ograniczone. Dostałam rozpiskę połączeń i polecenie udania się do kierownika pociągu  i proszenia żeby pozwolił jechać na podłodze, korytarzu czy innym skrawku pociągu. Zgoda wydana. Można jechać! Najpierw do Montpellier, przesiadka w pociąg do Figueres a potem w pociąg prosto do Barcelony. 

Na tej trasie są bardzo ładne widoki także nie trzeba czytać książek, słuchać muzyki tylko podziwiać i uczyć się geografii.

Dworzec w Montpellier jest bardzo ładny, zaraz przed nim znajduje się przepiękny park w którym odpoczywają turyści czekający na przesiadkę. Ja zamiast czekać 45 minut obleciałam szybko okolice, żeby zobaczyć chociaż kawałek miasta. Warto było. Najbardziej podobały mi się kolorowe tramwaje i to, że na głównej ulice zobaczyłam przepiękne palmy. Prawdziwe wakacje..:)

Pireneje! 

Do Barcelony dojechaliśmy po 22. Mieszkanie mieliśmy zaraz koło Las Ramblas czyli głównej ulicy Barcelony prowadzącej prosto na plaże. Kamienica była bardzo stylowa ale widząc domofon znowu przypomniałam sobie zajęcia z hiszpańskiego, na których uczyliśmy się adresowania hiszpańskich domów. Skrótki, kropki, kreski, cyferki i literki….taaa jak to było. Skończyło się tym, że biegałam po klatce schodowej z góry na dół aż w końcu koleś wyszedł i powiedział “to tutaj”. Hiszpański- Pani Daga 0:1

Dzień 6 czyli zwiedzanie Barcelony. Gorąco, gorąco i jeszcze raz gorąco. Mieliśmy jeden dzień, żeby zobaczyć “wszystko” no i chyba się udało. Ale na stadion nie starczyło już czasu. Następnym razem..

Jak w każdym zachodnioeuropejskim kraju sierpień to czas urlopów i nawet w miastach bardzo turystycznych można spotkać bardzo dużo zamkniętych sklepów i knajp. Będąc w Hiszpanii polecam kosztować i smakować każda potrawę. Ja uwielbiam widoki wiszących Jamón ibérico a często spotkać można sklepy, w których kroją cieniutkie plasterkach na twoich oczach. Odpał totalny!

Jak Barcelona to i Gaudi dlatego wiekszość pamiątek wygląda jak mini mozaiki. I dobrze. Są ładne, kolorowe i każdemu kojarzą się ze stolica Katalonii.

W Barcelonie pierwszym językiem jest kataloński a drugim hiszpański. Wszystko jest opisanie w dwóch językach ale na każdym kroku widać jak bardzo chcą i podkreślają swoją niezależność. Wiele razy widziałam napisany Freedom for Catalonia.

Na archi tekturze się nie znam ale bardzo mnie ona interesuje i za każdym razem jak gdzieś jadę do zwracam na nią uwagę  bo dużo można się dowiedzieć o danym kraju. Wszystkie kamienice mają bogato zdobione i są w bardzo dobrym stanie. W końcu to wizytówka Barcelony.

Nadszedł czas na Sagrada Familia. W sumie nie kościół tylko plac budowy. “Ludzi jak mrówków” stoją w kilometrowych kolejkach i płacą euracze żeby wejść do środka i podziwiać dzieło Antoniego. Ja wolałam przejść się i zobaczyć budowle z każdej możliwej strony. Z jednej rzeczy nie byłam zadowolona- nie dało się zrobić dobrego zdjęcia bo albo drzewa, albo żurawie albo inne budynki. Siedziałam na ławce w mini parku za Sagradą i zbierałam siły na dalsze spacerowanie i nagle dopadła mnie wycieczka polskich dziadków, którzy zwiedzali kościoły na wschodnich brzegu Hiszpanii. Najlepsze jest to, że nic nie mówiłam wiec nie wiedzieli, że jestem z Polski. Potem wyczaiłam, że oni zagadywali do każdego i jak się odezwał to znaczyło, że “nasz” i opowiadali co ciekawego widzieli, co jedli i jakie biorą leki na upału no i jak radzić sobie z ciśnieniem.

 Widok na Barcelonę z Park Güell.

Plaża to jedna wielka piaskownica. Dużo śmieci i dziadostwa. Piasek brudny ale woda ciepła.

Po 6 daniach intensywnego zwiedzania robiłam już coraz mniej zdjęć bo aparat ciężki a upał tez nie sprzyjał. Nogi bolały ale Barcelona to Miasto, do którego wracam i to na dłużej. Następny przystanek to Valencia!

Advertisements