Trzeci dzień to Paryż i droga na Lazurowe Wybrzeże. Niestety byłam tak zmęczona, że nogi odmówiły mi posłuszeństwa (to znaczy nie byłam zmęczona po jednym dniu zwiedzania ale pojechałam na wakacje prosto z pracy, w której biegałam po szkole przed bite 3 tygodnie bez przerwy. Nogi miały prawo się zbuntować). Także nie było zwiedzania tylko leniwe wyczekiwanie do 15 żeby wyjść z domu i bezpiecznie dojechać na dworzec. Mieliśmy bezpośredni pociąg TGV do Marsylii, kupione miejscówki i 3 godziny przed sobą. Tym razem pociąg był ładniejszy a patrząc na moją mapę Europy uświadomiłam sobie, że odległość między Paryżem a Marsylią jest mniej więcej taka sama jak Warszawą a Zagrzebiem. (Ok wujek Google powiedział, że ok 700km i ok 1000km ale to, że jechałam tylko trzy godziny a nie dwa dni zrobiło na mnie wrażenie 😉

Dworzec w Marsylii był bardzo ładny,  zadbany i pomyślałam sobie, że robi się ciekawie i będzie to niezapomniany pobyt. I nie myliłam się-był i to bardzo. Udało mi się wynająć małą kawalerkę w samym centrum Marsylii z widokiem na port i oddaloną dosłownie o 5 minut od morza. Tanio i przyjemnie. Ok 20 trafiliśmy na nogach do miejsca, w którym mieliśmy spędzić najbliższe dwie noce. Koleś pochodził z Egiptu i był właścicielem całego piętra dlatego wszystkie mieszkania wynajmował a jego mama dbała o czystość. Było bardzo ale to bardzo gorąco, byliśmy głodni i po krótkiej rozmowie z Yazem wyszliśmy przejść się “po mieście”.

Poszliśmy do portu zobaczyć portowe życie ale nie zobaczyliśmy nic oprócz placu budowy, podejrzanych typów, obskurnych budynków i wszystkich zamkniętych możliwych miejsc świadczących usługi gastronomiczne. Byliśmy w tak zwanej dupie. Ja chciałam wracać do kawalerki i iść spać ale M się uparł i bardzo chciał zwiedzać miasto. Jedyne co zwiedziliśmy to zabrudzone i śmierdzące ulice, wszystko z mało cieszącym oko grafitti. A miejscowi..tych było mało a jak byli to raczej nie należeli do tych, którzy chcieli się bratać z przyjezdnymi. Ja głupia wyszłam w krótkich spodenkach i czułam na sobie wzrok wszystkich miejscowych typów. Nie było to bezpiecznie miejsce, trafiliśmy do Maczka na hamburgery i pędem do mieszkania. Bałam się tam spać i byłam przerażona tym co zobaczyłam.

Na szczęście planem nie było zwiedzanie Marsylii- pobyt na Lazurowym Wybrzeżu był zaplanowany jako “plaża”. Marsylia jest miastem portowym, ma bardzo złą opinie a Francuz, z którym mieszkałam w Krakowie stwierdził, że oszalałam i jestem odważna, że tam pojechałam. Wystarczyły mi 3 godziny żebym przekonała się dlaczego. Miasto jest wstrętne ale okolice ma przepiękne. Wzdłuż wybrzeża ciągną się prześliczne Les Calanques czyli dolinki i rajskie plaże wydarte morzu.

Jak już pisałam dzień 4 był zaplanowany na plażowanie ale dostanie się do plaży nie było wcale takie proste. Opcji jest kilka np można płynąć stateczkiem za 18 euro poleżeć na plaży i wracać. Można też jechać autobusem, który zaczynał trasę dokładnie przed naszą kamienicą (mieszkaliśmy dosłownie przy głównym placu miasta) i jechać nim do końca. Zajmowało to ok 45 minut ale dzięki temu mogłam zobaczyć nie tylko centrum miasta ale pozostałe dzielnice. Dojechaliśmy do Redon, autobus zatrzymał się, ludzie wyszli i według najlepszej rady jaką mogłam otrzymać ( kiedy leciałam pierwszy raz samolotem i nie wiedziałam gdzie iść “idź za ludźmi oni zawsze wiedzą gdzie iść”) poszliśmy za ludźmi. Droga wiodła przez góry, było baardzo gorąco, musieliśmy kierować się szlakami, po drodze były jakieś znaki wyryte na kamieniach. Myślałam, że ta męczarnia nie ma końca a ja w moich jezusowych sandałkach raczej nie byłam królową górskich szlaków.

W końcu po 50 minutach doszliśmy do miejsca gdzie można było zauważyć skupisko wielu ludzi. Zatrzymaliśmy się i my, musiałam mieć zdjęcie z widokiem na raj. Pomyślałam, że jest już blisko ale jak uświadomiłam sobie, że jestem u góry a woda jest na dole i teraz trzeba zejść, to….

Doszliśmy do Calanque de Sugiton i pierwszy raz w życiu zobaczyłam tak krystalicznie czystą wodę. Ludzi było dużo, plaża mała (raczej kilka kamieni i żwirek ), jedyne wolne miejsce było w połowie w wodzie. Leżałam, robiłam zdjęcia, między innymi dzieciakom, które nurkowały i sprawiały wrażenie, że woda jest bardzo cieplutka. Postanowiłam sprawdzić. Nie była. Bałtyk to przy tym tropiki.

Na zdjęciu powyżej, w tle, widać plażę do której po godzinie “plażowania” postanowiliśmy się udać bo było tam bardzo mało ludzi i wydawała się większa. W drodze zrobiłam kilka zdjęć Sugitonu z góry. Niektóre dzieciaki wdrapywały się na skały i skakały do tej arktycznie zimnej wody. Zapewne były to miejscowe kozaki.

W drodze do drugiej plaży podziwiałam sobie takie oto widoki 🙂 Wybrałam kilka żeby nie zrażać czytelnika (szczególnie, że publikuje to w środku stycznia)

Poniżej widać jak mało jest miejsc i gdzie muszą plażować ludzie.

A to zdjęcie zrobiłam już w pobliżu drugiej plaży i tak jak pisałam była szersza i dłuższa. Tutaj odważyłam się popływać a raczej zanużyć się i leżeć jak mors na brzegu.

Dowód na to, że udało mi się pozbyć mojej trupio bladej skóry na rzecz opalenizny !

Na zdjęciu poniżej z lewej strony widać plaże, z której przyszliśmy.

Po 17 zaczęło zachodzić słońce i odkryliśmy dlaczego na pierwszej plaży było tak dużo ludzi mimo tego, że była tak mała. Słońce zachodzi tam później 😉 Dlatego zebraliśmy się do domu a po drodze odwiedziliśmy punkt widokowy na szczycie góry z widokiem na dwie plaże, które udało nam się zdobyć niczym szczyty 🙂

Był też widok na mały port w Calanque de Mariogu.

Wracając szłam za Panami Dziadkami, którzy w bardzo komiczny sposób nieśli swojego psa. Wzrok psa bezcenny, mówiący “Lady, please kill me”

I to by było na tyle dnia czwartego. Wracając do domu udało nam się trafić do sklepu, kupić bagietki, szynkę bo nie chcieliśmy ryzykować po raz drugi szukając czegoś, żeby można było zjeść na “mieście”. Nastepny przystanek do ukochana Hiszpania i Barcelona!