Było o podróżach tu to teraz czas na podróże tam. W sierpniu (już po raz trzeci) spędziłam wakacje jeżdżąc pociągami. Tym razem padło na zachodnią Europę ponieważ w lipcu skończyłam pracę w Anglii także byłam bardzo blisko, żeby odwiedzić południowych sąsiadów Anglików. Może się kiedyś zabiorę żeby opisać poprzednie ale póki co muszę pisać o tym co pamiętam 🙂

InterRail to bilet, który pozwala na korzystanie z dowolnych połączeń kolejowych w danych państwie lub w Europie w ciągu określonej liczby dni. Ja korzystałam do tej pory z opcji 5 przejazdów w ciągu 10 dni. Oznacza to, że podczas mojej 10 dniowej podróży wybieram sobie 5 dni, podczas których od godziny 00:00 do 23:59 mogę wsiadać i wysiadać z każdego pociągu. Jest to bardzo wygodne ale trzeba mieć na uwadze kilka rzeczy np taką, że na niektórych połączeniach trzeba mieć wykupioną obowiązkowo miejscówkę co jest dodatkowym kosztem ale nie zbyt dużym. Bilet ten przeznaczony jest tylko dla europejczyków ale nie jest ważny w kraju, w którym mieszkasz. Dlatego zaczynając podróż w Polsce trzeba niestety z ciężkim bólem serca dać zarobić PKP (swoją drogą czy ktoś wie na co dokładnie przeznaczają forsę z biletów?). Cena może wydawać się wysoka ale przeliczając ceny poszczególnych połączeń wychodzi naprawdę bardzo tanio. Są różne grupy biletów np YOUTH dla osób poniżej 26ego roku życia (w pierwszym dniu podróży nie można miec ukończonych 26 lat ale w drugim już można obchodzić urodziny). Ja załapałam się na ten bilet dwa razy. W tym roku musiałam wskoczyć do puli biletów dla zwykłych śmiertelników ale jest jeszcze szansa bo powyżej 60ego roku życia jest opcja SENIOR.
W tym roku trasa obejmowała Londyn, Paryż, Marsylię, Barcelonę, Walencję i Madryt. Pierwszego dnia  z Londynu pojechaliśmy pociągiem do Dover a potem płynęliśmy promem do Calais (bilet na prom kupiłam osobno, kosztuje £28 i płynie się około 90minut.

Widok białych klifów robi ogromne wrażenie szczególnie jak wieje angielski halny 🙂 Na szczęście nie padało i mogłam porobić zdjęcia ale nie tylko ja miałam taki pomysł bo było tak ciasno na tym górnym/otwartym pokładzie, że ludzie stali w kolejkach a jeszcze chwilę i byłby zapisy na listę.

W Calais przejście graniczne wyglądało jak stary i od dawna nie używany budynek. W tym miejscu czekaliśmy na autobus do “centrum”, które wygląda jak opuszczone po jakiejś zarazie miejsce. Dzięki pani w dworcowej kasie i jej komunikatywnym angielskim udało się kupić miejscówkę na TGV do Paryża z przesiadką w Lille.

TGV było ciasne, stare i mało ładne. Miejscówka droga bo 11 euro także byłam baaardzo niezadowolona ale jak dojechaliśmy do Paryża i wyszłam przed dworzec to bardzo mi się podobało i poczułam, że to już Paryż. No ale za chwilę się otrząsnęłam bo zamiast paryskiej stylówy otoczyło mnie pełno paryżan XI wieku. A przechodząc przez ulice usłyszałam swojskie “k*urwa”. W końcu obywatel świata wszędzie czuje się jak w domu 🙂 Lub dom zawsze podąża za nim. Pojechaliśmy do mieszkania, w którym zatrzymaliśmy się   na dwie noce i jedyne na co mielśmy siłe to przejść się po okolicy Parc de Villette oraz Canal de l’Ourcq (poniżej na zdjęciu dworzec Gare de Lyon)
 

Drugi dzień podróży to Paryż, Paryż i jeszcze raz Paryż. Na początku trafiliśmy do Sacre Coeur, którego nie wspominam zbyt dobrze bo bardzo dużo turystów a jeszcze więcej miejscowych sprzedających podróbki torebek i chodzących obwieszonymi małymi wieżyczkami, które można jak zawsze kupić po promocyjnej cenie. Dla kogo promocyjnej to inne kwestia. Widoki ze wzgórza przepiękne. (wieża Eiffla daleko na prawo dlatego nie widać jej na zdjęciu)
Uciekliśmy szybko na Montmartre a potem szukaliśmy placu Pigalle ponieważ bardzo chciałam zjeść słynne kasztany. Okazało się, że kasztany są słynne ale tylko w Polsce za sprawą Stawki większej niż życie. Po więcej odsyłam do wikipedii żeby nikt więcej nie zrobił z siebie idioty w Paryżu 😉  Po drodze trafiliśmy do Moulin Rouge ale też wciśnięte między jeden a drugi budynek, widocznie najpiękniej wygląda w nocy jak jest oświetlone a nie o 13 podczas zajadania kanapki.

Najbardziej nie mogłam doczekać się La Défense, byłam tam już wcześniej ale tylko na kilak godzin.Tym razem miałam czas obejść wszystkie budynki, porobić sobie zdjęcia i nacieszyć widokami (uwielbiam architekture a tam czuję się jak na Canary Wharf w Londynie;) ) Poniżej widać  La Grande Arche de La Défense czyli Wielki Łuk La Défense, który patrzy na swojego brata czyli Łuk Triumfalny. Na drugim zdjęciu widać w oddali taki mały kwadracik z dziurką. To włąsnie Łuk.

Kciuk powyżej bardzo motywuje do zwiedzania i podróżowania. Na szczęście trafiłam na niego drugiego dnia podróży.

Najbardziej lubię te dwa zdjęcie poniżej. Kochany Winston nie dał zapomnieć o sobie i o pisaniu pracy właśnie o nim. Próbowałam go poczęstować francuską bagietką ale nie był zainteresowany. Pewnie miał ochotę na fish&chips.

Na koniec wrzucam kilka czarno białych zdjęć. Trzeci dzień podróży to przejazd do Marsylii ale o tym w nastepnym poście. Jak się uda to może będzie też dzisiaj 😉 Narazie zbieram się obejrzeć Warszawe.

Advertisements