Pani Daga

UAE. DUBAJ.

Posted on December 26, 2017

Sierpień. Wakacje. Praca w szkole w Londynie. Wydaje się, że wszystko jest takie jak zawsze. Wydaje się, bo wszystko jest inne. Jestem w Londynie, mieszkam na Wimbledonie ale nie u siebie w domu, tylko u zaprzyjaźnionej sąsiadki. Praca w tej samej szkole, ale w innym punkcie, z małymi dziećmi. Codziennie ta sama droga do pracy i do domu a jednak wszystko takie inne. Pod koniec wakacji podejmuję decyzje, że był to mój ostatni rok w tej szkole w Londynie. Całe wakacje powtarzam, że odliczam dni do wyjazdu. Ostatnie dwa tygodnie były dla mnie bardziej łaskawe, bardziej “jak zawsze” bo do Londynu przyjechali z Australii Lydia z Andrew. Mieszkali w tym domu co ja, w pokoju obok, u naszej sąsiadki. Przez te dwa tygodnie miałam namiastkę tych wakacji, które zawsze tak bardzo kochałam spędzać w UK. Pewnego popołudnia, podczas luźnej wieczornej rozmowy, Lydia pyta gdzie jadę po wakacjach. Dla niej to było normalne pytanie, ponieważ znają mnie na tyle dobrze i tak długo, że wiedzą że po wakacjach jadę zwiedzać i wydawać zarobione funty. Tym razem moja odpowiedź brzmi “nigdzie”.

Powiedziałam “nigdzie” ponieważ pierwszy raz nie zaplanowałam nic, nie miałam ochoty nigdzie jechać. Chciałam po prostu wrócić do domu, zostać w Europe. Wiedziałam tylko, że jadę do przyjaciół do Niemiec na dwa tygodnie i była to najlepsza decyzja jaką mogłam podjąć. Kiedy Lydia usłyszała, że nie mam planów i że może pojadę gdzieś na przełomie grudnia i stycznia (przerwa świąteczna oraz fakt, że Warszawa pierwsza w tym roku ma ferie zimowe daje mi prawie 6 tygodni bez pracy) wystrzeliła szybka “to może Australia?” po czym w drzwiach mojego pokoju pojawił się Andrew i miną nie znoszącą sprzeciwu powiedział “przyjedź na święta i sylwestra!!”. Nie wiem dlaczego ale ani przez chwilę przez myśl nie przeszło mi słowo “nie”. Uśmiechnęłam się tylko a oni wiedzieli, że to dobry znak. Powiedziałam, że sprawdzę bilety bo to okres świąteczny i wszystko jest bardzo drogie.

Decyzja o podróży do Australii pod koniec roku zapadłą tak szybko, że ostatni dzień w pracy w szkole spędziłam na szukaniu biletów w każdej wolnej chwili. Pierwszy bilet, jaki udało mi się kupić za 90  funtów to bilet na lot z Kuala Lumpur do Sydney. Dzięki temu wiedziałam, że uda mi się dolecieć przed świętami. Następnie musiałam poskładać pozostałe loty i wcale nie okazało się to takie trudne, bo gdy myślałam, że nic z tego nie będzie i nie uda mi się wydostać z Europy, trafiłam na lot Wizzairem z Katowic do Dubaju. Dzięki temu udało mi się zobaczyć jedno z najsłynniejszych miast świata.

Do Dubaju przyleciałam wieczorem, zarezerwowałam hotel jeszcze w wakacje, w centrum ponieważ nie chciałam tracić czasu na dojeżdzanie do centrum i szukanie przystanków w odległych dzielnicach. Udało mi się znaleźć hotel w czterema gwiazdkami i w dobrej cenie i chyba tylko dlatego, że szukałam w sierpniu na gurdniowy weekend tydzień przed świętami, czyli wg mojej oceny jest to martwy sezon. Każdy zajmuje się przygotowaniem do świąt, nikt nie myśli o tym żeby brać wolne i wyjeżdzać na weekend. Kilka lat temu, kiedy mieszkałam w Londynie i przyjechałam na święta do domu, wybrałam się do Zakopanego i do Sopotu. Cudowne, polskie miasta były puste i to był najlepszy czas, żeby je odwiedzić.

Kiedy przyjechałam do hotelu, załadowana plecakami i jedną torbą, w dresie i różowej bluzie z kapturem i podszedł do mnie pan, który chciał  mi pomóc z bagażami, dotarło do mnie, że to jest jednak hotel z czterema gwiazdkami. Pani z recepcji wskazała, żebym usiadła na sofie i poczęstowała mnie cukierkami. Kiedy nadeszła moja kolej na zameldowanie, pan z recepcji zapytał na ile jestem, skąd i czy to mój pierwszy raz w Dubaju. Powiedziałam, że tak i że niestety tylko na jedną noc. Pan spojrzał na mnie z uśmiechem i zapytał, czy mam jakieś preferencje odnośnie pokoju. Nie miałam żadnych, jedyne co przyszło mi do głowy to nieśmiało zapytać czy jest jakiś pokój z widokiem na Burj Khalifa, bo chciałabym zrobić kilka zdjęć na bloga. Pan zaczął stukać w klawiaturę i po kilku chwilach zapytał, czy mogę mieć pokój dla palących. Lekko zdezorientowana, odpowiedziałam, że nie przeszkadza mi to chociaż nie palę i nie będę palić w tym pokoju, jeśli tylko taki jest dostępny. Przez chwilę zaczęłam się zastanawiać, dlaczego hotel z czterema gwiazdkami nie ma zwykłego pokoju, jeśli rezerwacje zrobiłam kilka miesięcy temu. Odpowiedź przyszła szybciej niż myślalam. Pan wręczając mi klucz do pokoju, uśmiechnął się raz jeszcze i powiedział, że dał mi najlepszy pokój jaki mógł (niestety dla palących) ale obiecał mi, że nigdy nie zapomnę mojego pobytu w Dubaju. Miał racje. Dostałam apartament na 65 piętrze z widokiem na centrum i najwyższy budynek na świecie.

 

IMG_9220-2

Po zostawieniu rzeczy w pokoju wyszłam z hotelu i chciałam zobaczyć Burj Khalifa nocą. Niestety nie dało się tam dotrzeć pieszo a metro już było zamknięte, dlatego pokręciłam się po okolicy i wróciłam do hotelu.

IMG_9224-2
IMG_9225-2
IMG_9227-2
IMG_9229-2
IMG_9231-2
IMG_9235-2
IMG_9240-2

Widok z mojej sypilani. Po powrocie do hotelu siedziałam przy oknie ponad godzinę i nie mogłam oderwać wzroku. Nie mogłam też uwierzyć, jakie mam szczęście.

IMG_9241-2
IMG_9264-2
IMG_9269-2

Ze względu na różnice czasu miedzy Olkuszem a Dubajem, wstałam wcześniej bo chciałam zobaczyć jak najwięcej. Budziłam się w nocy co kilka godzin a kiedy obudziłam się kolejny raz i zobaczyłam, że zaraz wzejdzie słońce, od razu chwyciłam za aparat.

IMG_9275-2
IMG_9282IMG_9284
IMG_9293
IMG_9294
IMG_9303

Po póżnym śniadaniu spakowałam rzeczy i czekałam na lepszą pogodę. Niestety padało tak mocno, że chwilami nie było widać nic. Na szczęśnie kilka minut po 12, kiedy musiałam opuścić pokój, wyszło słońce i mogłam iść zwiedzać.

IMG_9304
IMG_9307
IMG_9309
IMG_9311
IMG_9312
IMG_9315
IMG_9320
IMG_9322
IMG_9324
IMG_9326
IMG_9329
IMG_9332
IMG_9333IMG_9336
IMG_9337
IMG_9349
IMG_9356
IMG_9362
IMG_9363
IMG_9369

IMG_9380
IMG_9386
IMG_9388
IMG_9398
IMG_9401
IMG_9406
IMG_9415
IMG_9417
IMG_9419
IMG_9425
IMG_9435
IMG_9440
IMG_9466
IMG_9472

POLSKA JESIEŃ

Posted on October 15, 2017

Jedni mają w życiu szczęście do pieniędzy, drudzy do miłości a ja mam w życiu szczęście do ludzi. Tak już w życiu mam, że bardzo często na mojej drodze pojawiają się ludzie wyjątkowi, dobrzy, szczerzy w tym co robią a jednocześnie mający w sobie tyle dobra i energii do życia i działania, że przebywanie z tymi to czysta przyjemność. Kiedy przyjechałam do Warszawy trzy lata temu znałam w niej trzy osoby a z tych trzech po miesiącu zostały tylko dwie. Pamiętam jak myślałam wtedy co ja tu robię, po co to wszystko. Po trzech latach wszystkie elementy powoli układają się w całość. Dzięki temu, że miałam (i wciąż mam) okazje mieszkać w Warszawie udało mi się dojść do tego, co chcę w życiu osiągnąć i na czym mi najbardziej zależy. Okazało się też, że całe moje dotychczasowe doświadczenie życiowe i zawodowe przyda się komuś tutaj w Warszawie, co mnie zawsze ogromnie cieszy, że mogę się z kimś tym wszystkim co do tej pory zrobiłam podzielić. Kiedy niewiele ponad rok temu poznałam Age pomyślałam “ja się z tą kobieta szybko dogadam”. I tak było. Od razu złapałyśmy dobry kontakt zarówno z nią jak i z jej dziećmi. Pojechałyśmy razem na majówkę do Londynu w tym roku a jej syn był też w Londynie w wakacje. Bardzo często Aga opowiadała mi swoim magicznym miejscu, do którego najpierw ona jeździła jak była dzieckiem a teraz zabiera tam swoje. Gry wróciłam po wakacjach do Warszawy i spotkałam się z Aga i dziećmi, Aga powiedziała, że jedną na weekend do domku nad jeziorem i mnie zapraszają. Ponieważ mnie nie trzeba dwa razy namawiać, żeby gdzieś pojechać i zobaczyć coś nowego, wystarczyło tylko ustalić godzinę wyjazdu. I tak spędziłam ostatni wrześniowy weekend w lesie, w domku nad jeziorem w Wielkopolsce. Los chciał, że nie tylko odkryłam magiczne miejsce 300km od Warszawy ale spędziłam dwa dni chodząc z koszykiem po lesie i zbierając grzyby, które pięknie ususzone czekają w mojej kuchni na święta.

DSC08927

Michał z siostrą pokazali mi wszystkie miejsca, w których spędzają wakacje. Wszystkie dzieciaki z okolicy wsiadają na rowery i całymi dniami jeżdżą po lesie.

DSC08912
DSC08916

Spacerując po lesie mogłam przyjrzeć się z bliska wszystkim kolorom polskiej jesieni. Niestety zarówno wakacje jak i wrzesień najcześniej spędzam poza Polską dlatego nie mogłam odmówić propozycji spędzenia weekendu w lesie nas jeziorem.

DSC08917
DSC08919
DSC08920
DSC08922

Zapach mokrego drzewa- cudowny.

DSC08924
DSC08926

Tata Agi, którego miałam okazję poznać, opowiadał mi historię okolicy oraz o “mikroklimacie”, który panuje w lesie.

DSC08931
DSC08934
DSC08942
DSC08939
DSC08943
DSC08944
DSC08947

Gdy doszliśmy nad jezioro niebo się zachmurzyło i zaczeło padać, dlatego udało mi się zorbić tylko kilka zdjęć. Piękne jezioro, tylko pozazdrośić tym, którzy mogli je zobaczyć w lecie!

DSC08982
DSC08955
DSC08957

Dzieciaki z dumą pokazały mi bazę, którą budowały całe wakacje. Przypomniała mi się baza, która rok temu budowałam z Xavim na Wimbledonie.

DSC08992
DSC08998
DSC09003
DSC09007

W lesie i przy drodze można spotkać było wielu grzybiarzy, którzy wracali z lasu z pełnymi koszami. My też poszliśmy zbaczyć czy uda nam się coś znaleźć i przy pierwszym podejściu brakło nam rąk, dlatego wszystkie grzyby wrzucaliśmy do mojego kaptura.

DSC09008
DSC09013

Ze mnie żaden grzybowy ekspert, na początku nie mogłam odróżnić kapelusza od mokrych liści ale nie ma się co dziwić, skoro ostatni raz na grzybach byłam na zielonej szkole, w trzeciej klasie podstawówki.

DSC09012
DSC09014
DSC09021
DSC09023
DSC09025
DSC09026

Na drugi dzięń poszliśmy do lasu bardziej przygotowani, każdy miał po koszyku a ja zabrałam wiadro od mopa. Po godzinie już nie mieliśmy miejsca w na więcej.

DSC09029
DSC09030
DSC09032
DSC09037

Grzyby w moim kapturze.

DSC09043
DSC09052

Przed południem wróciliśmy do domku, gdzie na tarasie rozłożyłam gazety na stole i zaczęłam segregować grzyby. Musiałam się tego wszystkiego nauczyć ale miałam dobrych nauczycieli, bo najpierw Aga udzieliła mi kilku cennych wskazówek a po chwili z obiadem przyjechali rodzice Agi, którzy pomogli mi przy grzybach, a mama Agi odcinała nóżki, żebym mogła układać kapelusze w suszarce.

DSC09061
DSC09064

Germany. Wesseling. Cologne. Bonn.

Posted on October 14, 2017

Każdy słyszał o tym, że podróże kształcą ale w moim przypadk, uczenie innych przekształca się w podróżowanie. Wiekszość zarobionych pieniędzy w Anglii przeznaczałam do tej pory na podróże, pieniądze zarobione w Polsce też w końcu lądowały w koszyku “podróże”.  Jednak nie tylko strona finansowa mojej pracy pomaga mi w podróżowaniu. Najważniejsze i najlepsze w uczeniu jest to, że ciągle poznaję nowe osoby  pochodzące z różnych stron świata, mówiące wieloma językami, które też podróżują i zawsze mówią “do zobaczenia w trasie”. Poznaję też rodziców moich uczniów, którzy już na starcie dostają ode mnie kilka dodatkowych punktów za to, że wiedzą że w dzieci trzeba inwestowąć a jedną z najważniejszych inwestycji jest nauka języków obcych. Dzięki temu, że potrafimy mówić, jesteśmy w stanie zakomunikować nasze potrzeby, podzielić się swoim doświadczeniem, udzielić komuś rady nauczyć czegoś kogoś. Jeśli potrafimy to zrobić w więcej niż jednym języku to plus dla nas.

DSC08503
DSC08504
DSC08519
DSC08520
DSC08521
DSC08531

DSC08564
DSC08589
DSC08591
DSC08596
DSC08600
DSC08608
DSC08611
DSC08619
DSC08620
DSC08625
DSC08627
DSC08631
DSC08633
DSC08635DSC08636
DSC08644
DSC08649
DSC08650
DSC08655DSC08656
DSC08674DSC08677DSC08721DSC08724
DSC08740DSC08748DSC08753-2DSC08754DSC08759-2DSC08765-2DSC08793-2DSC08804-2DSC08827DSC08832DSC08834DSC08840
DSC08849
DSC08852
DSC08855DSC08856DSC08858
DSC08862DSC08866DSC08867DSC08869DSC08870DSC08874DSC08876DSC08878DSC08881DSC08882DSC08884DSC08890DSC08893

Australia. Sydney. Harbour Bridge. The Rocks

Posted on March 22, 2017

Kiedy naprawdę poczułam się jak w domu,  jet lag odszedł w zapomnienie a mój organizm całkowiecie przestawił się na czas australijksi, zrobiłam plan mojego pobytu w Australii. W poniedziałek rano Taisie i Xavi poszli do szkoły, Lydia z Andrew zajeli się swoimi sprawami (cały czas związanymi z przeprowadzką) a ja  wyszłam z domu, żeby nie tylko poznać ale zaprzyjaźnić się z Sydney. Nie wiele mi było trzeba, żeby zakochać się w tym młodym mieście. Wziełam z domu mapę, aparat, dwie butelki wody i poszłam na stację. Okolica, w której mieszkałam jest całkowicie zielona. Nazywałam ją dzunglą bo nie spodziewałam się tak bujnej roślinności w Sydney. Z domu do stacji spokojnie można przejść piechotą jednak po drodze jest bardzo stroma góra, przed którą trzeba się dobrze rozpędzić, żeby pokonać ją za pierwszym razem. 40 stopniowy upał nie był moim sprzymierzencem, ale załozyłam ze nie bede prosić Andrew po podwózke do stacji, bo skoro codzienie planowałam chodzić przez 6 godzin to dodatkowe 20 minut rano to dobra rozgrzewka.
Przed wylotek do Syndey długo  zastanawiałam, co tak naprawdę chce zobaczyć, czego doświadczyć. Zrobiłam listę rzeczy, które kojarzyły mi się z Syndey, były typowywmi stereotypami jeśli chodzi o życie Australijczyków oraz, rzeczy które mocna wpisane są w historię i kulturę Australii.

IMG_9912/
IMG_9916

IMG_9918
IMG_9922
IMG_9924
IMG_9929
IMG_9930
IMG_9932
IMG_9933
IMG_9934
IMG_9942
IMG_9943
IMG_9951
IMG_9960
IMG_9962/
IMG_9966
IMG_9971
IMG_9973
IMG_9980
IMG_9981
IMG_9983
IMG_9984
IMG_9986
IMG_9989
IMG_9991
IMG_9993
IMG_9998

Australia

Posted on February 26, 2017

             Jednym z moich marzeń  jest odwiedzenie i zwiedzenie wszystkich anglojęzycznych państw świata. Przez ostatnie 10 lat Australia stała mi się bardzo bliska, ponieważ Andrew z mojej angielskiej rodziny pochodzi z Sydney. Kiedy mieszkałam z nimi na Wimbledonie, zachwycałam się Londynem i nie mogłam się nadziwić, jak bardzo to miasto jest cudowne i jak wiele ma do zaoferowania. Andrew nie mógł słuchać tych moich zachwytów i za każdym razem mówił, żebym poczekała aż przyjadę do Sydney, wtedy będę mogła sprawiedliwie wybrać, które miasto jest najlepsze.  Powtarzał też, że mam poczekać z Australią na nich i przyjechać, kiedy się już przeprowadzą. Czekałam, czekałam i w końcu się doczekałam- moja angielska rodzinka już od grudnia mieszka w Sydney a ja planowałam odwiedziny u nich za dwa lata.  Żegnając się z Lydią i Andrew na lotnisku w sierpniu, ciężko mi było wyobrazić sobie jak to będzie nie widzieć się z nimi tak często jak do tej pory. W końcu każde lato spędzałam w Anglii, a w ciągu roku wpadałam do nich na weekend albo na tydzień. Oni żartowali nawet, że teraz mój drugi dom nie będzie już w Londynie tylko w Sydney i czekają na mój przyjazd, który  planowałam dopiero w 2018 roku. Jak dobrze wiemy, jest luty 2017 a ja właśnie wróciłam z Australii, nie minęło nawet pół roku jak już byłam w moim “nowym drugim domu”. Ale od początku.
IMG_2004

Jedno z bardzo wielu typowo australijskich zdjęć, jakie udało mi się zrobić.

               Ze wszystkich plusów bycia nauczycielem, oprócz pracy z dziećmi, najbardziej lubię dni wolne od pracy, czyli wakacje i ferie. Od wakacji planowałam jakąś dłuższą podróż w czasie ferii zimowych, ponieważ  16 dni siedzenia w domu, które wolałabym spędzić w jakimś nowym państwie (najlepiej z duża ilością słońca, bo witamina D jeszcze nikomu nie zaszkodziła) byłoby katorgą i smutnym czasem mimo wypoczynku.. Długo nie mogłam zdecydować się gdzie jechać, wg początkowego planu miałam lecieć z Martą w odległe, ciepłe kraje ale niestety nie dostała urlopu w czasie moich ferii. Musiałam szybko poszukać jakiejś ciekawej alternatywy i z braku pomysłów zapytałam na Facebooku, czy ktoś może mi polecić miejsce, w którym jest ciepło i które będzie mnie interesowało. Lydia napisała tylko “Do you really need to ask?” i od tego wszystko się zaczęło. Oczywiście najważniejszą rolę w spontanicznym planowaniu wyjazdu do Australii odegrały bilety lotnicze stand by, które miałam możliwość wykorzystać. Organizowanie i planowanie wyjazdu do Sydney odbywało się przez dwa tygodnie do wylotu a ze względu na sytuację rodzinną, nie wiedziałam czy w ogóle uda się polecieć.
          Dostałam jednak od życia zielone światło i dwa dni przed wylotem kupiłam bilety. Ze wszystkich rzeczy, które udało mi się w życiu zrobić ta była najbardziej szalona. Żeby w ciągu dwóch tygodni zdecydować się na wyjazd na drugi koniec świata i to jeszcze na tak krótko. Na początku się wahałam, ale Lydia przekonała mnie mówiąc, że to nie będzie mój pierwszy i ostatni wyjazd do Australii, ale jeden z wielu. Powiedziała też, że teraz mogę przyjechać pobyć w Sydney, zobaczyć jak wygląda tam życie, spędzić czas z dziećmi i pływać w basenie. Podczas mojego krótkiego ale bardzo intensywnego pobytu w Australii udało mi się zobaczyć wszystko, co zaplanowałam. Udało mi się podzielić czas tak, żeby zobaczyć miasto,  zobaczyć jak wygląda życie Sydneysiders i spotkać się z rodziną Andrew, którą przez te wszystkie lata udało mi się poznać w Londynie, kiedy wpadali w odwiedziny. Jedno jest pewne: nie żałuję ani jednej minuty mojego pobytu w Australii i wiem, że wrócę tam jeszcze szybciej niż zakładam.
IMG_1654-2

Prawdziwe lato w lutym podczas gdy w Polsce cały czas jest prawdziwa zima.

    Pierwsze dwa dni po przylocie spędziłam w nowym, pięknym domu i różnymi sposobami próbowałam pokonać jet lag. Przyleciałam do Sydney w piątek wieczorem a zaraz po wyjściu z lotniska uderzył we mnie podmuch gorącego powietrza, ponieważ od kilku dni temperatura przekraczała ponad 40  C. Na lotnisku czekał na mnie Andrew a w drodze do domu żartowałam cały czas, że w sumie jest tak jak w Londynie, wszyscy mówią po angielsku, jedziemy razem w aucie, słuchamy tej samej muzyki co zawsze, rozmawiamy o niczym, jedziemy po złej stronie ulicy i tylko temperatura jest lekko wyższa niż w Londynie. Dopiero przejeżdżając przez pięknie oświetlony Harbour Bridge i mijając Sydney Opera House dotarło do mnie, gdzie jestem. W domu przywitałam się z Lydia, która po cichu pokazała mi cały dom i zaprowadziła do mojego pokoju.  Wchodząc do pokoju zobaczyłam to samo łóżko, tę samą pościel, poduszki i meble, które były w moim starym pokoju i ucieszyłam się, że teraz mój drugi dom jest w Sydney.  Cały czas byliśmy bardzo cicho ponieważ Taisie i Xavi nic nie wiedzieli o moim przyjeździe. Ustaliliśmy, że rano dzieci będą jadły śniadanie a ja po prostu wejdę do kuchni a Andrew wszystko nagra. Dzieciaki oszalały ze szczęścia, Taisie nie wiedziała co się dzieje i że ja to naprawdę ja, a Xavi z wrażenia włożył głowę do miski z płatkami. Podekscytowany Xavi pierwsze o co zapytał, to czy mam kostium kąpielowy i od razu zaciągnął  mnie do basenu na tarasie. Popołudniu walcząc ze snem pojechałam z całą rodziną do centrum handlowego, żeby tylko nie zasnąć w domu i czymś zająć głowę. Wieczorem Lydia z Andrew poszli na koncert a ja upiekłam z dzieciakami pizzę. To nasza mała tradycja ponieważ ja uwielbiam gotować i piec. W Londynie zawsze piekłam pizze od podstaw dlatgeo pierwsze, co zamówiły sobie dzieci to Daga Pizza. Zrobiłam też specjlaną pizze w kształcie Australii i zostawiłam dla Andrew. Niestety przez pierwsze trzy noce budziłam się zawsze o 2 a potem o 4 w nocy a w ciągu dnia musiałam robić krótkie drzemki o 15.00 Z jednej takiej drzemki Andrew i Xavi wybudzali mnie przez godzinę a ja przez kolejne trzy czułam się jakby ktoś mnie przejechał walcem. Było mi zimno pomimo tego, ze temperatura wynosiło 43 stopni i siedziałam owinięta kocem przy basenie, kombinując jak wrócić do łóżka. Na szczęście męczyłam się tylko przez trzy pierwsze noce a czwartą przespałam całą.
IMG_1984

Ostatnie godziny przed wylotem spędziłam na pustej plaży Narrabeen leżącej na północ od Sydney

W sobotę czekała nas wszystkich wczesna pobudka (tzn ich bo ja o 4 rano byłam już gotowa do wyjścia i czytając książkę czekałam aż wstanie reszta). Lydia, Xavi i ja o 7 rano pojechaliśmy pociągiem do centrum, ponieważ Xavi pisał egzaminy wstępne do szkoły. W międzyczasie spacerowałam z Lydią po centrum, zjadłyśmy brunch z widokiem na Harbour Bridge, przed 12 dołączył do nas Andrew i Taisie. Pochodziliśmy jeszcze razem po centrum czekając, aż Xavi skończy pisać egzaminy a wracając do domu Andrew zatrzymywał się przy miejscach związanych z jego dzieciństwem i tym sposobem widziałam dom, w którym się wychował, szkoły do których chodził a nawet szkołę, którą skończyła Nicole Kidman. Po południu spędziłam chyba 2 godziny w basenie z dzieciakami a wieczorem z pomocą Lydii udało mi się zrobić plan zwiedzania, który na dobre rozpoczął się w poniedziałek. Przez pierwsze dwa dni nie zrobiłam żadnych zdjęć, oprócz kilku telefonem. Dlatego w tym poście jest dużo czytania ale w kolejnych będzie za to więcej zdjęć niż tekstu. 

Dominikana. Santo Domingo II

Posted on January 20, 2017

W Santo Domingo zrobiłam całkiem sporo zdjęć i ciężko mi było zdecydować, które wybrać do posta, dlatego poniżej kolejna porcja zdjęć i ostatnia część ze stolicy Dominikany.
IMG_2344

Kiedy po przyjeździe wyszłyśmy z Marta zobaczyć miasto nocą, prawie skręciłam sobie kostkę. Chciałam przejść przez ulicę i wpadłam dziurę. Dopiero rano zobaczyłam, że wzdłuż krawężników i jezdni jest wielki spad. Nie dowiedziałam się, jaki jest tego powód, ale domyślam się, że taka konstrukcja pomaga w porze deszczowej, kiedy ulice zamieniają się w rwące potoki.

IMG_2345

Domy i budynki są bardzo kolorowe a chodniki wąskie, wszędzie zaparkowane są ogromne “amerykańskie” samochody.

IMG_2346

Nie wiem co to, ale mnie skojarzyło się z połączeniem Buki i Muminka.

IMG_2349

Koło południa, kiedy było już naprawdę gorąco a powietrze kleiło się od wilgotności, zaczęłyśmy szukać czegoś do jedzenia, ponieważ o 15 miałyśmy busa do Puerto Plata. W poszukiwaniu sklepów jeszcze raz trafiłyśmy na główną ulice stolicy, El Conde.

IMG_2352

Po lewej stronie, cały w zieleni, znajduje się wielopoziomowy parking. W samym środku El Conde.

IMG_2353

Z wielu rzeczy, które można kupić na różnego rodzaju straganach, najbardziej podobały nam się sandały Shakira especial i czarny manekin w stroju Św Mikołaja.

IMG_2355

Wzdłuż El Conde jest bardzo dużo ławeczek, na których przesiadują mieszkańcy lub odpoczywają przewodnicy, który jak tylko zobaczą turystę, wstają i ruszają przedstawić swoją ofertę. Większość z nich ma legitymacje przewodnika, którą jak mówili, wystawia urząd.

IMG_2356

Jedzenie kupiłyśmy w małym supermarkecie i wróciłyśmy do hostelu zjeść obiad. Zrobiłam szybko dwa zdjęcia z balkonu, z widokiem na ulicę oraz na kościół (zdjęcie poniżej), którego pełna nazwa brzmi Iglesia de Nuestra Señora de las Mercedes.

IMG_2357

Iglesia de Nuestra Señora de las Mercedes (niestety tylko kawałek)

Untitled

Wnętrze i drzwi wyjściowe z naszego hostelu.

IMG_2364

Po zjedzeniu szybkiego obiadu i nabraniu sił na kolejny, szybki spacer w upale, wyszłyśmy z hostelu zobaczyć pozostałą cześć Zona Colonial, żeby wykorzystać dwie godziny, które pozostały nam do wyjazdu. Ja wciąż jestem pod ogromnym wrażeniem ilości kabli, która wisi nad ulicami i między budynkami.

IMG_2372
IMG_2371

Jeden z wielu sklepów, do których wchodzi się prosto z ulicy a na noc zasuwa się jedynie roletę. Półki nie uginają się od różnorakich produktów, raczej na kilku półkach poustawiane są te same produkty.

IMG_2369

Postkolonialna cześć stolicy bardzo przypomina Havane.

IMG_2379

Żeby przejść na drugą stronę ulicy, trzeba uzbroić się w cierpliwość i mieć oczy dookoła głowy. Te dwie panie czekały około 7 minut i nikt się nie zatrzymał.

IMG_2383

Idąc do końca Calle El Conde dojdziemy do Parque Independencia. Przy wejściu do parku znajduje się La Puerta del Conde, gdzie w 1844 Francisco del Rosario Sánchez wzniósł flagę Dominikany i ogłosił niezależność.

IMG_2386

Puerta del Conde

Untitled 3

Za mną Altar de la Patria, mauzoleum w którym znajdują się szczątki Juan Pablo Duarte, Francisco del Rosario Sánchez, oraz Ramón Matías Mella, ojców założycieli Dominikany znanych jako Los Trinitarios.

IMG_2400
IMG_2402

Mini busiki służące jako jedna z wielu opcji transportu publicznego.

IMG_2403
IMG_2406

Kiedy przechodziłyśmy przez ulicę, zobaczyłyśmy odpoczywających obok swoich motorów policjantów. Zdążyłam zrobić dwa zdjęcia i zanim zrobił trzecie, ktoś zaczął głośno krzyczeć. Na naszych oczach policjanci wskoczyli na motory i z bronią skierowaną ku górze ruszyli w pościg.

IMG_2407
IMG_2408

IMG_2410

Tanie i przede wszystkim świeże owoce są na wyciągnięcie reki. Co chwilę można spotkać panów, którzy pchają swoje wózko-taczki załadowane mango, bananami, ananasami.

IMG_2412
IMG_2416
IMG_2418
IMG_2419
Untitled 8

IMG_2426
Untitled 9

Tak wyglądała uśmiechnięta ze szczęścia Marta, kiedy pierwszy raz piła koksa 🙂 Ja mam podobne zdjęcie z Kuby:)

IMG_2431

Jeden z wielu sklepów.

IMG_2449

Po dwóch godzinach spaceru w najgorszym upale, nie miałam nawet siły odwracać się do zdjęć.

IMG_2432
IMG_2434

IMG_2455
IMG_2478

IMG_2471

W drodze do hostelu udało nam się jeszcze zobaczyć powóz konny i szczęśliwego woźnice, który nie chciał przestać do nas machać.

IMG_2457

IMG_2459
IMG_2466

IMG_2473

Po powrocie do hostelu miałyśmy czas tylko na zabranie bagaży i zamówienie ubera na dworzec. Na dworcu okazało się, że nie potrzebnie śpieszyłyśmy się na autobus, ponieważ nie było już miejsc i musiałyśmy czekać na następny. Czekała nas 3 godzinna podróż do Puerto Plata pełna przygód, które opiszę w kolejnym poście.

Dominikana. Santo Domingo I

Posted on January 6, 2017

Czy dziesięć dni wystarczy aby poznać Dominikanę?  Dla mnie ta ilość była wystarczająca, żeby przekonać się, że ludzie, kultura i historia drugiego co do wielkości państwa na Morzu Karaibskim, mają wiele do zaoferowania i że była to moja pierwsza, ale nie ostatnia wizyta. Kiedy rok temu po prawie dwumiesięcznej podróży opuszczałam Amerykę Środkową nie sądziłam, że wrócę za ocean tak szybko. Przez cały rok ciągnęło mnie, żeby znowu pojechać poza stary kontynent i po raz kolejny przekonałam się, że jak się czegoś bardzo chce to prędzej czy później,  przyjdzie.
Żeby dostać się na Dominikanę musiałam najpierw dojechać do Wiednia. Leciałam z Martą, która mieszka i pracuje w Bratysławie, dlatego wybrałyśmy połączenie z Wiednia przed Madryt do Santo Domingo. Wsiadłam rano w pociąg z Warszawy do Austrii, a Marta po pracy dojechała na lotnisko. Jeszcze czekając na lotnisku napisał do mnie mój bardzo dobry kumpel Jose, którego poznałam w Krakowie podczas jego pobytu na Erasmusie. Minęło już 6 lat, cały czas jesteśmy w kontakcie ale nie udało nam się do tej pory ponownie spotkać. Za każdym razem jak jestem w Hiszpanii, próbujemy zsynchronizować kalendarze, ale do tej pory się nam nie udało. Dlatego bardzo byłam zaskoczona, kiedy dostałam wiadomość z pytaniem czy mam jak dojechać z lotniska do hostelu, potem kolejnym pytaniem o numer lotu i informacją, że Jose przyjedzie po nas na lotnisko. Tym sposobem udało nam się spotkać po 6 latach. Spotkanie było krótkie ale konkretne. W drodze z lotniska do hostelu udało nam się nadrobić ostatnie sześć lat, a na koniec Jose skusił się na jedno piwo. Niestety nie mógł zostać z nami dłużej ponieważ było już po północy a na drugi dzień szedł normalnie do pracy. Marta i ja poszłyśmy jeszcze do knajpy z kubańską muzyką, ponieważ nasz plan na następny dzień był bardzo ubogi: wstać, znaleźć miejsce z tanim śniadaniem i zdążyć na samolot o 16. Udało się bez żadnych problemów.
Lot do Santo Domingo przebiegł szybko i bardzo spokojnie z wyjątkiem dwóch atrakcji. Pierwsza atrakcja miała na imię Iker i miała 5 lat. Siedział z nami chłopiec, który sam został wysłany na Dominikanę do swojej rodziny. Teoretycznie miały zajmować się nim stewardessy. Nie jest nowością, że każdy 5 latek potrzebuje więcej uwagi niż pytanie co godzinę czy wszystko w porządku. Dlatego bardzo szybko Ikerek zaprzyjaźnił się dwiema nowymi ciociami, które przez cały lot bawiły się z nim, karmiły i próbowały zrozumieć jego hiszpański. Zaraz przed lądowaniem szef pokładu podszedł do nas i zapytał Marty czy to jej dziecko. Marta z uśmiechem powiedziała, że nie i od słowa do słowa szef pokładu powiedział, żeby poszła z nim do kanciapki dla cabin crew. Ja zostałam z Ikerkiem a Marta po 5 minutach wraca z papierową torebką wypchaną po brzegi, którą daje mi i mówi, żebym szybko schowała do plecaka. Chowając dary zobaczyłam, że dostałyśmy 12 buteleczek-małpeczek z różnymi alkoholami.
Stolica Dominikany, Santo Domingo, była naszym pierwszym przystankiem, gdzie chciałyśmy zostać tylko na jedną noc, aby na drugi dzień wyruszyć na północ wyspy.  Dojechałyśmy do naszego hostelu, który znajdował się w samym środku Zona Colonial, historycznej części miasta, kilka minut po dwudziestej. Postanowiłyśmy zobaczyć miasto nocą ponieważ była to nasza jedyna noc w stolicy. Różnica czasu między Polską a Karaibami dawała się odczuć przez cały nasz pobyt. Z tego też powodu nie chciałyśmy iść spać, pomimo tego, że dla nas była już 4 rano. Chciałyśmy wytrzymać co najmniej do północy i wstać rano w miarę normalnie. Kręciłyśmy się po mieście w poszukiwaniu czegoś do jedzenia, jednak było to trochę utrudnione. Niektórzy mówili, że na Dominikanie jest niebezpiecznie, ale dla mnie to kolejne duże miasto, w którym trzeba zachować ostrożność i zdrowy rozsądek. Znalazłyśmy knajpę, w której wypiłyśmy piwo Presidente, zjadłyśmy ubogą kolacje i zaczęłyśmy eksplorować Zona Colonial. Udało nam się zobaczyć wszystko, co do zaoferowania ma ta część stolicy. Na koniec weszłyśmy do baru posłuchać salsy i bachiaty oraz napić się długo wyczekiwanego rumu. W środku okazało się, że są urodziny szefa baru, który podchodził do nas i częstował rumem. Wracając do domu spotkałyśmy stewardów obsługujących nasz lot, od których Marta dostała małpeczki. Oczywiście zapraszali nas, żebyśmy dołączyły do ich imprezy ale byłyśmy już tak zmęczone, że półśpiące wróciłyśmy do hostelu.
Następnego dnia miałyśmy czas do 15, żeby zobaczyć jak wygląda życie w stolicy w ciągu dnia. Wybrałam najciekawsze wg mnie zdjęcia, które powinny przybliżyć wam życie codzienne w Santo Domingo.
IMG_2239

Ze względu na klimat i wysokie temperatury, które nie opuszczają wyspy przez cały rok, nie ma potrzeby budowania szczelnych okien i drzwi. Większość drzwi i okien jest za kratami z dwóch powodów. Pierwszy to bezpieczeństwo, drugi to możliwość pozostawiania otwartych okien lub drzwi i chłodzenia domu. Przydatne szczególnie wieczorami i w nocy, kiedy słońce już nie praży ale powietrze wciąż jest przyjemnie gorące i wilgotne.

 

Untitled 4

Na Dominikanie życie toczy się przede wszystkim na ulicy. Piękna pogoda i chęć spędzania czasu na słońcu nie jest jedynym powodem. Kluczową role odgrywa tu też wysokie bezrobocie, dlatego bardzo często można spotkać ludzi, którzy siedzą w mniejszych lub większych grupkach i chyba czekają na lepsze jutro.

IMG_2241

Oprócz stoisk z pamiątkami wątpliwej jakości jest wiele innych stoisk, na których ludzie sprzedają wszystko to, co są w stanie sprzedać i stworzyć własnymi rękoma. Na głównej ulicy El Conde jest ich najwięcej.

IMG_2247
Untitled 6
IMG_2252

Parque Colon to plac, który znajduje się w centralnej części Zona Colonial. Na samym środku stoi pomnik Krzysztofa Kolumba, który w 1494 roku przypłynął na Dominikanę. Plac sam w sobie jakoś nie powala, ale podczas odpoczynku na jednej z wielu ławek, umieszczonych pod olbrzymimi drzewami, można zobaczyć m.in. Katedrę Santa Maria la Menor z początku XVI wieku.

IMG_2255
IMG_2265
IMG_2267
Untitled 7
IMG_2271
IMG_2274
IMG_2275/
IMG_2277
IMG_2281
IMG_2286
Untitled 11

Ogromnie zazdroszczę mieszkańcom, że mogą  hodować nie tylko w domu, ale w pięknych ogrodach także,  niesamowicie bogatą i zieloną roślinność. Była to jedna z pierwszych rzeczach, które urzekły mnie w tym mieście. W Santo Domingo co chwilę widać małe placyki, na których ze szczególną starannością hodowana jest tropikalna roślinność.

 

IMG_2291/
IMG_2292
IMG_2294/
Untitled 12
IMG_2303
IMG_2304
IMG_2309
IMG_2313
IMG_2316
IMG_2320
IMG_2322
IMG_2325
IMG_2342
Untitled 5
IMG_2326
IMG_2328
IMG_2331
IMG_2335
IMG_2337
IMG_2343

2016 TU I TAM

Posted on December 31, 2016

Nie ma co ukrywać, że rok 2016 był bardzo leniwy pod względem aktywności na blogu. Dwa posty, które z trudem udało mi się napisać przez dwanaście miesięcy i trochę większa aktywność na mojej stronie na Facebooku, to wszystko na co było mnie stać. Czasami się dziwię, że jeszcze ktoś do mnie zagląda ale patrząc na statystyki widzę, że jest was coraz więcej dlatego przygotowałam dla was moje podróżnicze podsumowanie kończącego się właśnie roku. Bo o ile blog pod względem aktywności był bardzo ubogi, to rok pod względem podróży był bardzo aktywny.
ESTONIA/ LITWA/ ŁOTWA
Ostatnie dni 2015 roku i pierwsze 2016 spędziłam w Estonii. Był to mój drugi już wyjazd do Estonii, ponownie  pojechaliśmy w to samo miejsce, do małego domku na największej estońskiej wyspie. Domek, który znajduje się na całkowitym odludziu, zaraz przy plaży, z ręcznie wybudowanym pomostem, na końcu którego znajduje się sauna. W tym roku nie było aż tak zimno i temperatura nie spadła do minus 20 stopni ale było na tyle zimno, że ponownie miałam okazje przejść się po zamarzniętym Bałtyku. W ostatni dzień roku pojechaliśmy pozwiedzać wyspę i w drodze do domu zobaczyłam najpiękniejszy zachód słońca. Niebo wyglądało jakby ktoś wylał na nie kilka kolorów farby. Estonia to piękny kraj, ludzie są niesamowicie uprzejmi a przy tym bardzo skromni i skryci. W drodze do i z Estonii zatrzymaliśmy się w Wilnie i Rydze, z których niestety nie mam żadnych zdjęć bo było za zimno, żeby wyciągać aparat.

DSC07042
DSC07056
DSC07073
DSC07082

DSC07093
DSC07115
DSC07147
 DSC07163
ANGLIA
Od 2006 nie ma roku, żebym nie odwiedziła/ mieszkała w Anglii. W tym roku byłam dwa razy: jak zawsze praca w szkole w wakacje oraz trzy tygodnie w lutym, kiedy pojechałam opiekować się dziećmi mojej angielskiej rodziny. Moja angielska rodzina wyprowadziła się w tym roku do Sydney. Po 10 latach ciężko było nam się rozstać ale wszystko dzieje się po coś. W lutym Lydia i Andrew musieli polecieć do Sydney załatwić rzeczy związane z przeprowadzką a przy okazji pójść na wesele. Ponieważ nie mają żadnej rodziny w Londynie, zapytali mnie rok wcześniej czy nie mogłabym im pomóc i przyjechać do Londynu żeby zostać z dziećmi. Nie trzeba mnie pytać dwa razy jeśli chodzi o pobyt w Londynie dlatego zgodziłam się ale pod jednym warunkiem. Chciałam, żeby Taisie i Xavi przyjechali ze mną do Polski w sierpniu i żebyśmy spędzili razem wakacje w moim kraju. I tak też się stało. Na przełomie lutego i marca spędziłam trzy tygodnie w Londynie, przyjechała moja siostra Karolina, pojechaliśmy razem do Essex zobaczyć klify oraz spędziłam moje trzydzieste urodziny w tym samym miejscu, w którym obchodziłam dwudzieste. W moim ukochanym Londynie.
Ponownie do Londynu wyjechałam w czerwcu a cały tydzień przed wyjazdem spędziłam na pakowaniu wszystkich moich rzeczy w kartony, ponieważ mój wyjazd do Londynu wiązał się jednocześnie z wyprowadzką z Saskiej Kępy. W dniu wyjazdu wiedziałam tylko tyle, że jak wrócę do Polski po wakacjach to będę musiała poszukać mieszkania, co udało mi się szybciej niż myślałam i pierwszy raz w życiu mieszkam sama. Z jednej strony podoba mi się to a z drugiej bardzo dużo czasu potrzebowałam, żeby przyzwyczaić się, że nie muszę trzymać wszystkich moich rzeczy w jednym pokoju, w jednej szafie a półki w lodówce są podzielone. O ile nauczyłam się trzymać rzeczy w różnych do tego przeznaczonych pokojach w mieszkaniu, o tyle cały czas wszystko wkładam na jedną półkę w lodówce. Jeśli chodzi o moją prace w Anglii to w tym roku nie pracowałam w Ascot tylko wróciłam do szkoły w Londynie przy Hyde Parku. Była to ta sama szkoła, w której zaczęła się moja “kariera”, kiedy 6 lat temu byłam tam na stażu z Erazmusa i usłyszałam, że mam zrobić papiery i wrócić za rok, żeby już uczyć dzieci. Papiery zrobiłam i tak już zostało. Każde wakacje spędzam w Anglii ucząc angielskiego. Praca ciężka, wymagająca ale nic nie daje tyle energii i motywacji co praca z innymi ludźmi, w szczególności  w środowisku międzynarodowym. Będąc w Londynie przez dwa miesiące miałam bardzo dużo czasu, żeby spotykać się z moimi przyjaciółmi i znajomymi z Polski oraz zrobić kilka małych wycieczek.

IMG_0889
IMG_1059

NORWEGIA/ SVALBARD
Pod koniec maja poleciałam z mamą na Svalbard. Powiem szczerze, że sama z siebie pewnie nigdy nie wybrałabym się do miejsca, które oddalone jest od Bieguna Północnego tylko 1300 km, w którym przez pół roku trwa dzień polarny a przez pozostałe pół słońce nie wschodzi i jest ciemno 24/7. Kilka dni przed moim wylotem do Londynu w lutym dostałam sms od cioci, która mieszka w San Francisco i której syn pracuje na Spitsbergenie. Krótka wiadomość z informacją, że ciocia leci do Michała i żebym z mama przyjechała do nich. Szybka konsultacja z mamą, która dostała tego samego sms i decyzja podjęta. Lecimy na Spitsbergen. Już na miejscu śmiałam się z ciocią, że rok temu,kiedy odwiedziłam ją w San Francisco, dzień przed moim wylotem do Meksyku patrzyłyśmy na mapę świata, wskazałyśmy palcem Spitsbergen i powiedziałyśmy, że fajnie by było się tam spotkać. Na Spitsbergenie byłam podczas dnia polarnego, słońce najjaśniej świeciło o 2 w nocy, jadłam mięso z renifera i wieloryba, widziałam białe renifery, lodowiec, foki wylegujące się na pływających  po Morzu Arktycznym krach. Prowadziłam zaprzęg 12 psów husky, które ciągnęły moje sanie z prędkością 40 km na godzinę i były to te same psy husky, które wielokrotnie brały udział w ekspedycjach na Biegun Północny.

IMG_1495
IMG_1146

POLSKA
Dwa dni po skończeniu pracy w szkole, Andrew i Lydia odwieźli mnie razem z Taisie i Xavi na lotnisko. Dla mnie wyjazd do Polski wiązał się z zakończeniem pewnego etapu w moim życiu. Po dziesięciu latach naszej znajomości moja rodzina angielska wyprowadziła się do Australii. Wychodząc z mojego angielskiego domu na Wimbledonie, wiedziałam że już nigdy tam nie wrócę, że nie spędzę już żadnych wakacji w tym miejscu. W życiu trzeba czasem zamknąć jakiś etap i poczekać na następny. Kiedy staliśmy w piątkę na lotnisku przed odprawą i każdy powstrzymywał się od płaczu, Taisie powiedziała “It’s not the end of our story, it’s the end of one of the chapters”. Żegnając się z Lydia i Andrew wiedziałam, że następnym razem zobaczymy się w Sydney. Wstępnie założyłam, że przyjadę do nich w przyszłym roku w grudniu. Nie wiem czy mi się uda zrealizować tak bardzo ambitny plan wyjazdu na drugi koniec świata ale zapobiegawczo zaczęłam oszczędzać na drobne wydatki. Od września wrzucam do puszki każde 5zł, które do mnie trafi. Do puszki nie mam dostępu i nawet nie wiem ile tam wrzucam, dlatego nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła ją otworzyć.
Plan na pobyt w Polsce z Taisie i Xavim był bardzo napięty. Przez dwa tygodnie chciałam im pokazać jak najwięcej. Bardzo mi zależało, żeby zobaczyli jak bardzo Polska jest różnorodna pod względem geograficznym. Pierwszy tydzień spędziliśmy na południu Polski, przylatując do Krakowa i zwiedzając po kolei Olkusz, zamek w Ogrodzieńcu, Kraków oraz Wieliczkę. Następne pojechaliśmy razem z moją mama do Cieszyna, do mojej cioci po drodze zahaczając Tychy gdzie pływaliśmy kajakami na Paprocanach. 24 godziny spędzone pod Cieszynem to wg mnie najlepsze, co przytrafiło się dzieciakom w Polsce. Moja ciocia przygotowała typowo wakacyjny obiad w ogrodzie, wujek Jerzy, który po 5 minutach został przechrzczony na Uncle George, nauczył dzieci strzelać z łuku, z broni, poszliśmy do lasu po drewno i chrust na ognisko, dzieci musiały wystrugać kijki na kiełbaski a następnie ja upiec na ogromnym ognisku. Uncle George rozwiesił też dwa hamaki między drzewami, obeszliśmy cały ogród w poszukiwaniu dyni i przeróżnych owoców i warzyw. Na drugi dzień pojechaliśmy do Cieszyna, ponieważ cały czas opowiadałam dzieciom, że w Polsce jest miasto, którego jedna część leży w Polsce a druga w Czechach i wystarczy przejść przez most, żeby być za granicą. Xaviemu tak bardzo spodobało się to rozwiązanie, że skakał z jednej nogi na druga krzycząc “Poland- Czech Republic, Poland- Czech Republic”. Zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia stojąc jedną nogą po polskiej stronie a druga po czeskiej, trzymając w ręce paszporty. Z Cieszyna pojechaliśmy na Czantorię, gdzie wjechaliśmy wyciągiem a potem poszliśmy na krótki spacer po górach. To był nasz ostatni przystanek na południu Polski. Mama odwiozła nas do Krakowa skąd wsiedliśmy w pendolino  do Sopotu. W trójmieście mieliśmy typowo polskie wakacje nad morzem. Zwiedzaliśmy Gdańsk i Gdynię a z naszego mieszkania  w Sopocie na 10 piętrze mieliśmy widok na całą zatokę.  Naszym ostatnim przystankiem była Warszawa, z której po 4 dniach poleciliśmy do Aten.

IMG_20160827_130015
IMG_0332

GRECJA
Plan na wakacje dla dzieci był następujący: najpierw dwa tygodnie w Polsce ze mną a kolejne dwa w Atenach z dziadkami. Żeby nie latać bez sensu z Polski do Londynu i z powrotem do Grecji, ustaliliśmy z Lydia i Andrew, że ja odwiozę dzieci do Aten i przekaże je dziadkom a przy okazji zostanę w Atenach, bo o ile w Grecji byłam dwa razy to w Atenach nigdy. Z lotniska odebrali nas dziadkowie i zabrali na obiad. Po obiedzie zostawiłam dzieci pod opieką dziadków i pojechałam do przyjaciołka mojej starszej siostry, która mieszka w Atenach. Z Edytą znamy się bardzo dobrze przez dwa lata mieszkałyśmy razem w Krakowie na studiach. Śmiałyśmy się podczas mojego pobytu, że nic się nie zmieniło oprócz mieszkania i że znowu czujemy jakbyśmy mieszkały razem. Edyta chodziła do pracy a ja spędziłam jeszcze trochę czasu z dziadkami i dziećmi oraz córką kuzyni Andrew, która razem ze swoim mężem była w podróży poślubnej po Europie. Z Urs i Chrisem poznałam się w wakacje, ponieważ mieszkali z nami na Wimbledonie. Jak tylko sprawdziliśmy, że będziemy wszyscy razem w tym samym czasie w Atenach, od razu umówiliśmy się na wspólne zwiedzanie Aten. W Atenach mieszka też mój bardzo dobry kumpel Evan, z którym przez pracowałam wiele razy w Ascot. Dzięki niemu mogłam zobaczyć jak życie spędzają ateńczycy wieczorami. Do Warszawy wróciłam po tygodniu, na początku września. Od razu poszłam do pracy i zaczęłam przeprowadzać się do nowego mieszkania.
IMG_20160911_190801
DOMINIKANA
Nieplanowany, niespodziewany i niezapomniany pobyt na Dominikanie miał miejsce w październiku. Razem z moja kuzynka Martą pojechałyśmy odkrywać Karaiby. Dla mnie to druga podróż w tamtą stronę, dla Marty pierwsza. Przez 10 dni udało nam się doświadczyć  wszystkiego, co ma do zaoferowania Dominikana. Nie będę się rozpisywać, ponieważ po Nowym Roku zacznę publikować posty, w których przygotowaną mam szczegółową relacje.

IMG_2481
IMG_2624
IMG_2607
IMG_2419
IMG_3189
IMG_3145

KATAR
W drodze do RPA miałyśmy z Martą przesiadkę w stolicy Kataru, Doha. Kilka godzin przed wylotem z Warszawy postanowiłyśmy jednogłośnie, że zostaniemy w Katarze jeśli uda nam się znaleźć hosta na Couchsuring. Przyjął nas Mina, który w ciągu 30 godzin pokazał nam wszystkie uroki mieszkania w Katarze i ugościł po królewsku. Pobyt w Katarze okazał się dla mnie perłą na mapie świata, tak samo jak kiedyś pobyt w Armenii. Zderzenie z rzeczywistością, ogromem, przepychem i bogactwem kraju a jednocześnie ludźmi, którzy są przyjacielsko nastawieni, serdeczni i skromni , wzbudziło we mnie poczucie bycia częścią bajki. Jak wiadomo każda bajka ma morał, a morał mojego pobytu w Katarze jest jeden: jeśli chcesz podróżować raz na zawsze wyrzuć ze swojej głowy wszelakie stereotypy. Zarówno te pozytywne jak i te negatywne.

IMG_4113
IMG_3925

REPUBLIKA POŁUDNIOWEJ AFRYKI
 Ostatni kraj, który starałam się odkryć w tym roku to RPA. Niestety nie miałam zbyt wiele czasu dlatego na początek postanowiłyśmy z Martą pojechać do Kapsztadu i”zdobyć” Przylądek Dobrej Nadziei. Minął już lekko ponad miesiąc od mojego powrotu z RPA a ja cały czas nie mogę przetrawić tego, co zobaczyłam na końcu Afryki. Kapsztad to tylko niewielki procent tego, co ma do zaoferowania RPA a jednak to tam miały miejsce kluczowe dla historii tego państwa jak i świata wydarzenia. Na pewno tam wrócę bo wiem, że jeszcze wiele rzeczy zostało do odkrycia.

IMG_7585
IMG_9082

IMG_8656
2016
Jaki był ten rok? Na pewno pełen niezapomnianych wrażeń. Dzięki ciężkiej pracy i wytrwałości cały czas udaje mi się rozwijać moją pasje do poznawania świata. Apetyt rośnie w miare jedzenia dlatego nie mogę doczekać się kolejnych podróży. Ostanie dwa lata mojego życia nauczyły mnie jednak, że nie wszystko można zaplanować i z dnia na dzień nasze życie może się zmienić diametralnie. Dlatego od jakiegoś czasu nie planuję nic i biorę od życia wszystko, co mi przyniesie. Wszystko dzieje się w życiu po coś. Dziękuję wszystkim, którzy byli ze mną przez ten rok zarówno na Facebooku jak i na Instagramie.  Mam nadzieje, że kolejny rok będzie równie obfity w podróże pełne przygód jak ten. Kończę pisać tego posta w pociągu z Bratysławy do Starej Lubovnej. Nawet ostatnie dni w roku spędzam w pociągu…nic już na to nie poradzę, że nie wysiedzę w miejscu. Ale nie narzekam, bo to dobry znak na nowy rok 🙂

Daga’s back on track

Posted on November 8, 2016

Po ponad roku wróciłam nie tylko pisania ale także do podróżowania. Gdy rok temu w październiku wróciłam do Polski po prawie czterech miesiącach, powiedziałam sobie, że teraz czas odpoczać i ułożyć swoje życie w Warszawie. Minął wtedy rok od mojej przeprowadzki do Warszawy a gdy podliczyłam ile dni mnie w niej nie było, to wyszło, że tak naprawdę cały czas mieszkałam gdzieś w świecie a nie w Warszawie, dlatego poprzedni rok chciałam spędzić w jednym miejscu. Oprócz wyjazdu na weekend do Oslo, wyjazdu na sylwestra do Estonii oraz tygodniowej wyprawy do Spitzbergen, nie odbyłam żadnych znaczącyh i dalekich podróży. Lato spędziałm jak zawsze w Londynie pracując w szkole. W połowie sierpnia wróciłam do Polski i pierwszy raz od chyba dziesięciu lat spędziłam wakacje w Polsce odwiedzając Trójmiasto oraz polskie góry. Pierwszy tydzień września spędziłam w Atenach ale o tym postaram się zrobić kiedyś osobny wpis, jak tylko uda mi się wywołać 4 klisze zdjęć. W skórcie tak wyglądał poprzedni rok a ten, który jest przede mną zapowiada się niezwykle ciekawie. Będzie pełno podróży, tych bardzo dalekich i egoztycznych. Przede mną nowe kontynenty, nowe kraje, nowe przygody i jeszcze więcej zdjęć.
dsc07082

“If you want to be happy, be!” Estonia, 31.12.2015

 

USA. San francisco. Chinatown

Posted on September 18, 2015

W 1848 pierwsi imigranci z Chin (dwóch mężczyzn i jedna kobieta) przypłynęli do San Francisco. Dokładnie 167 lat po tym wydarzeniu do San Francisco przyjeżdzam ja i prosto z lotniska kieruję się do jednej z dziesięciu dzielnic tego miasta, która słynie z tego, że jest najstarszym Chinatown w Północnej Ameryce i mieszkający w niej Chińczycy stanowią najliczniejszą społęczność Chińską poza Azją.
DSC00739 DSC00742
W San Francisco spędziłam 5 dni i każdy był wypełniony co do minuty. Nie nudziłam się w ogóle w Californii bo czy w Californii można się nudzić? Tak samo jak w NY starałam się poczuć jak wygląda życie w stanie pełnym słońca i myślę, że udało mi się choć trochę doświadczyć tego, jak wygląda tryb życia w SF. Udało mi się to dlatego, że przez cały mój pobyt w SF gościli mnie Ciocia i Wujek, którzy już dłuższą chwilę mieszkają w SF i znają Californię jak tak dobrze, jak ja Londyn. To oni zaplanowali każdy dzięń, godzinę i minutę i zrobili to tak wspaniale, że wylatując po pięciu dniach miałam wrażenie, że nie tylko…
DSC00743 DSC00748 DSC00750 DSC00751 DSC00753 DSC00754 DSC00760 DSC00770 DSC00772 DSC00778 DSC00782
DSC00785 DSC00788 DSC00789 DSC00790 DSC00797 DSC00799 DSC00800 DSC00803 DSC00805 DSC00815

USA. NEW YORK

Posted on August 27, 2015

Nowy York znalazł sie na mojej trasie przypadkiem. Szukając biletów z Londynu do San Francisco bardzo ciężko było mi znaleźć połączenia w rozsądnej cenie i w ramach mojego budżetu. Z kupnem biletu musiałam się wstrzymać do momentu otrzymania wizy i jak tylko ją dostałam, rozpoczęłam polowanie na jak najtańsze połaczenie. Bilety bezpośrednie były okropnie drogie dlatego postanowiłam dostać się za ocean a potem szukać domestic flights. Z Londynu przez Dublin do Nowego Yorku, gdzie zatrzymałam się na dwie noce i w poniedziałek poleciałam do San Francisco. Dzięki temu mogłam zobaczyć Nowy York i spotkać się z Kingą, u której się zatrzymałam.
Z Anglii wyleciałam w dniu, w którym skończyła się moja umowa o pracę w Ascot. Nad ranem wsiadłam w taksówkę z moją koleżanka ze studiów, która pracowała ze mną w Ascot i jednym uczniem z Kijowa, którego musiałam jeszcze odstawić na samolot. Na szczeście wszyscy wylatywaliśmy z Heathrow. W ostatnią noc było jeszcze pożegnalne spotkanie z całą kadrą, co jak co ale pracując z ludźmi przed 6 tygodni, mieszkając razem, spędzając wolny czas można się bardzo szybko zżyć. Ja niestety do północy walczyłam z pakowaniem i sprzątaniem mojego pokoju.  W nocy spałam tylko dwie godziny, bo wydawało mi się, że słyszę uczniów biegającyh po kampusie. Na lotnisku pierwsza pożegnała się z nami Natalie, która swój lot do Warszawy miała z innego terminala a ja z jednym uczniem poszłam nadać bagaż. Cały lot do Dublina przespałam i tak samo było w samolocie do NY, dzięki czemu oszukałam jet lag i nie miałam problemów ze zmianą czasu.
Kinga odebrała mnie z lotniska i od razu pojechałyśmy do niej do domu, w East Hamptons. Spotkałyśmy się w Krakowie, pięć lat temu na kursie CELTA. Pomimo tego, że studiowałyśmy na tej samej uczleni, poznałyśmy się dopiero na kursie. Przez trzy miesiące, dwa razy w tygodniu siedziałałyśmy w jednej sali przez 8 godzin i uczyłyśmy się jak uczyć angielskiego. Kinga przyleciała na kurs specjalnie z NY, zaraz potem wróciła do stanów. W dniu rozdania certyfikatów, kilka dni przed wigilią powiedziała ” no to Dagi do zobaczenia w Nowy Yorku”. Musiało minąć pięć lat, żebyśmy się znowu spotkały.
Kinga mieszka w East Hampton, dwie godziny drogi od Nowego Yorku, na końcu Long Island. Miasteczko położone na tereniach leśnych, niedaleko plaży jest pełne luksusowych domów i posiadłości bardzo bogatych amerykanów. Przyjeżdzają do nich na weekendy, organizują grile i ogrniska na plaży, grają w golfa, w klubie w którm samo członkostwo kosztuje $100.000. Kluby golfowe otwarte są do północy i śmiałyśmy się, że jeśli zapłaciłybyśmy tyle za samo członkostwo to też siedziałybyśmy codziennie do zamknięcia.
DSC00412
DSC00414
DSC00416
Dzień przed wylotem z Anglii Kinga wysłała mi zdjęcia basenu i napisała, żebym się szykowałą bo będzie bardzo ciepło. Zapytałam się gdzie pójdziemy na basen i dostałam odpowiedź “Nigdzie, jest u mnie domu”. Wystarczyło 10 minut żebym zapoznała się ze wszystkimi wspólokatorami i wskoczyła do basenu. Siedziałam tam chyba z 40 minut, nie mogąc uwierzyć w to, że jestem w Ameryce, pływam w basenie w amerykańskim domu i nareszcie zaczęły się moje wakacje. Przed zachodem słońca pojechałyśmy nad ocean. Plaża była pusta, było tylko kilka rodzin organizujących sobotnie ogniska. Specerowałyśmy wzdłuż plaży i nie mogłam się nadziwić, gdzie jestem i co tam robię.
DSC00417
DSC00425
Rano wstałyśmy przed 6 rano, żeby podjechać po śniadanie, zaparkować samochód i dojść na stację aby złapać pociąg do Nowego Yorku o 7 rano.  Dopiero idąc przez puste miasteczko w niedziele rano mogłam przyjrzeć się namiastce Ameryki. Idealnie przycięte trawniki, szerokie ulice, niskie lub całkowity brak płotów, w co drugim domu powiewająca flaga . Wszystko takie poukładane, wręcz idealne, nawet domy wyglądały jak z katalogu.
DSC00437
DSC00441
DSC00434
DSC00445
DSC00447
DSC00448
Cały czas rozglądałam się i szukałam różnic w amerykańskim angielskim. Długo nie musiałam szukać, zamiast mind the gap ostrzegało mnie watch the gap. Pociąg jechał ponad dwie godziny, pomimo tego, że na zewnątrz powili zaczynało robić się bardzo ciepło, w pociągu klima włączona była na maksa, dobrze że Kinga powiedziała, żebym zabrała bluzę i chustkę, inaczej dojechałabym do Nowego Yorku chora.
DSC00454
DSC00484Puste perony w niedzielny poranek na stacji Jamajka
DSC00470
DSC00488Informacja z mapami przed wejściem do metra DSC00486
DSC00490
DSC00496
DSC00503
DSC00492
Naszym pierwszym punktem było One Trade Center Observatory. Bilety kupiłam jeszcze w Anglii i zaprosiłam Kingę, żebyśmy zobaczyły Nowy York z góry, chciałam jej tym podziękować za to, że mnie przyjęła u siebie. Czekałyśmy chwilę w kolejce, przeszłyśmy przez ochronę, wjechałyśmy na ostatnie piętro i brakło nam słów. Tak po prostu. Zobaczyłam ten ogrom, cały Manhatan, wszystkie wieżowce ułożone jeden obok drugiego, jak klocki lego. Widziałam Liberty Statue, Brooklyn Bridge, Empire State Building, rzędy zółtych taksówek przesuwających się po ulicach jak po makiecie.
DSC00516
DSC00517
DSC00523
DSC00521
DSC00549
DSC00532Stałam i patrzyłam na ten widok kilka dobrych minut. Za każdym razem jak odchodziłam, odwracałam się jeszcze, żeby upewnić się, że to, na co patrzyłam, jest tam naprawdę.DSC00540
DSC00528
DSC00544
DSC00583
DSC00582
DSC00562Po wyjściu z One Trade Centre przeszłyśmy zobaczyć Memoriał 9/11DSC00570
DSC00572
DSC00579
Zatrzymałyśmy się jeszcze w sklepie, chciałam coś zjeść, długo nie mogłam się zdecydować się na co mam ochotę, tym bardziej, że zrobiło się okropnie gorąco. Ale jak tylko zobaczyłam double chocolate muffins, wybór był oczywisty. Mama Muffin musiała sprawdzić czy amerykańskie muffiny są tak samo dobre jak ich angielscy kuzyni. Po szybkiej przekąsce przeszłyśmy na Brooklyn Bridge. I o ile cały czas miałam wrażenie, ze wszystko już gdzieś widziałam, że to już było, że wiele rzeczy podobnych jest do tych w Anglii, to w momencie, kiedy odwróciłam się na moście i zobaczyłam to, co uwieczniłam na zdjęciu poniżej, doszło do mnie: jestem w Nowym Yorku.
DSC00630
DSC00590
DSC00621
DSC00596
DSC00634
DSC00631
Na moście byłyśmy ponad godzinę, robiąc mnóstwo zdjęć. W pewnym momencie zaczął padać dosyc mocny deszcz, wszyscy uciekli a my spokojnie szłyśmy w kierunku wyjścia. Przejechałyśmy kilka stacji metrem w kierunku Flat Iron a potem chodziłyśmy po Manhatanie. Długo zeszło nam na szukaniu knajpy z jedzeniem, w końcu trafiłyśmy do pubu. Ciężko mi się było dogadać z barmanem, nauczona angielskich manier, produkowałam zbyt długie zdania i używałam za dużo zwrotów grzecznościowych w jednej, glupiej prośbie o długopis. Po zjedzeniu, musiałyśmy iść w kierunku przystanku na autokar do East Hampton po drodze wstępując na Grand Central, Times Square i główny budynek biblioteki.
Nowym York znalazł się na mojej trasie przypadkiem. Nie planowałam dokładnego zwiedzania, bo co można zobaczyć w kilka godzin w tak ogromnym mieście. To co chciałam w Nowym Yorku, to iść na spacer z koleżanką, z którą się dawno nie widziałam i spacerować. Widziałam wszystko to co chciałam, obserwowałam jak żyją nowojorczycy, jak się zachowują, starałam się zrozumieć miasto. I chociaż miałam na to tylko jeden dzień, udało się. Zawsze byłam przeciwniczką Ameryki a zwolenniczką i obrończynią kultury Wielkiej Brytanii. Jeden dzień w Nowym Yorku wystraczył, żeby mnie to miasto oczarowało. I wydaję mi się, że wrócę tam szybciej niż mi się wydaje.

DSC00639
DSC00643
DSC00664
DSC00670
Wsiadając do autokaru zbliżał się zachód słońca, wyjeżdzając z Manhatanu odwróciłam się i zobaczyłam panoramę Manhatanu i zachodzące w oddali słońce. Po dwóch godzinach dojechałyśmy do domu. Musiałam się szybko spakować i iść spać. O 3 nad ranem musiałyśmy wyjechać z domu, żeby zdąrzyć dojechać na lotnisko w Newark.  Czekał mnie kolejny lot w mojej podróży, tym razem do 5 godzin to San Francisco.
DSC00659

Warszawa w czerwcu. Analogowo.

Posted on August 25, 2015

Przed moim wyjazdem z Polski odwiedziła mnie w Warszawie Edyta. Cieżko nam było znaleźć wolny weekend, planowałyśmy jej przyjazd przez pół roku i ostatecznie udało się w czerwcu, w Boże Ciało. Edyta do tej pory znała Warszawę bardzo słabo, wpadała jedynie na zlecenia fotograficzne i to był jej pierwszy, dłuższy pobyt w stolicy. Cieszyłam się bardzo na jej przyjazd, chciałam jej pokazać Warszawę taką, jaką znam, taką w jakiej żyję i wszytsko to, czym mnie urzekła. Spędziłyśmy razem intensywne 3 dni a wszędzie gdzie byłyśmy towarzyszyły nam nasze aparaty anologowe.

1
Codziennie jadłyśmy śniadanie na balkonie a w Boże Ciało oglądałyśmy procesję, która przeszła moją ulicą.
3

7

8Jeden dzień spędziłyśmy jeżdząc rowerami po Warszawie. Edycie tak spodobał się rower, że zaczęła regularnie jeździć i to na moim, bo dostała go na przechowanie na wakacje.
10

11

12

14

15Na Mokotowskiej zeszłyśmy z rowerów i przyglądałyśmy się wszystkim szczegółom, które w sobie kryje. Wchodziłyśmy na podwórza starych kamienic, stawałyśmy przed wystawami sklepów, które chyba nie były zmienianie od lat.

16

17Na jednym z podwórek, pustym i zadbanym, przywitała nas “warszawska Maryjka”. Klasa sama w sobie. Uwielbiam wyszukiwać Maryjki nie tylko na praskich podwórkach.
18

19

20

21

24

26Miasteczko protestującyh przed Parkiem Ujazdowskich. Przejeżdzałam koło niego codzienie jeżdząc do pracy na Wilanowie.

27Ulica przed szkołą podstawową na Sadybie, w której pracowałam. Bardzo lubiłam tamtedy jeździć, poniedziałki i piątki były moimi ulubionymi dniami. Sadyba jest przepiękna o każdej porze roku i bardzo przypomina mi osiedle, na którym wychowałam się w Olkuszu.

30Przerwa na Jeziorkiem Czerniakowskim.30a

31a

32Gęsto zielony Park Skaryszewski.
34a Kolejny dzień spędziłyśmy na Pradze, gdzie mieszkam.  Błądziłyśmy bez celu po praskich podwórkach, zabrałąm też Edytę do Muzuem PRL-u.38

42

46

47

52

58

73W ostanią noc wyszłyśmy na miasto. Wróciłyśmy do domu o 5 rano, Edyta o 10 wsiadła na pociągu do Krakowa a ja od 8 siedziałam na zajęciach. Na jesień planujemy kolejną, wspólna wycieczkę.
74

76

Mama.

Posted on May 26, 2015

Im jestem starsza tym więcej widzę podobieństw. Kiedyś, jak byłam mała, broniłam się przed porównywaniem do rodziców, bo wiadomo, każdy chce być indywidualistą i przypisywanie komuś z góry określonych cech nie jest mile widziane. Pamiętam jak w gimnazjum przepisywałam zadanie z tablicy i nagle mnie olśniło i z przerażeniem powiedziałam “o nie! mam pismo jak moja mama!”

Im jestem starsza tym więcej widzę podobieństw i bardziej je doceniem. Szczególnie jeśli są to te dobre rzeczy. Mama zawsze gdzieś jeździła. Zawsze coś organizowała. Odkąd pamietam, Mama jest tą, która załatwia, dzwoni, organizuje, skrzykuje. Przez 19 lat patrzyłam na to wszystko, była to dla mnie codzienność. Pewnie dlatego teraz wiem, że nie ma rzeczy niemożliwych. Wystarczy wiedzieć gdzie pytać i czego szukać. Dzięki rodzicom całe moja dzieciństwo to wyjazdy w Polskę. Czy nad morze czy w góry, czy do Poznania, Torunia, Kaszuby.

Moja Mama nie potrafi siedzieć bezczynie w miejscu. Jak wyprowadziłyśmy się z domu zapisała się na angielski, żeby nie marnować wolnego czasu. Mama to osoba, która już w styczniu ma zaplanowane 3/4 roku i w większości są to wyjazdy. Mama jest tak aktywną osobą, że często zdarza się, że wysyła mi zdjęcia jakiegoś zamku, pięknego parku, wspaniałych krajobrazów a ja tylko niesmiało pytam “Mamo, gdzie tym razem jesteś?” I dostaję odpowiedź “A pojechałam bo ładna pogoda i mam wolną sobotę”.

Jeśli chodzi o moje podróże to Mama zawsze jest obecna. I chociaż nie jeździ ze mną, to Ona jako pierwsza dostaje sms, że wsiadam do samolotu, że dojechałam i nie ma znaczenia czy jest to środek dnia czy nocy. Mama odbiera mnie z przystanków, z dworców, z lotniska i już mamy taką niepisaną tradycję, że wsiadam do auta, sięgam do schowka a tam czeka na mnie kanapka; wiecie jaka, taka do Mamy czyli NAJLEPSZA. Mama poprawia wszystkie błędy w postach (oprócz tego, rzecz jasna). Dla Mamy nie istnieje słowo nuda bo zawsze jest coś, co jeszcze można zrobić, zobaczyć, gdzieś pojechać. Dla mojej Mamy “mówisz” znaczy masz, robisz to. I choć Jej rady typu “cień też opala, posmaruj się”, “weź cieplejszą kurtkę, bo cie przewieje”, “nie waż się wychodzić z domu bez czapki” i wiele innych, doprowadzały mnie do szału, to teraz wiem, że miała racja. Ale do tego trzeba dorosną, żeby zrozumieć. Po prostu mam szczeście. A że nie jestem jedynaczką i nauczona jestem dzielić się z innmi, to dzielę je z moimi siostrami 🙂

Najlepszego Mamo!

Mama blogMama na Sardynii w 2013.

O zmianach. O planach.

Posted on May 14, 2015

O zmianach. O planach.

when people ask me why I’m doing it, my usual answer is “why not?”

Od jakiegoś czasu na moim blogu pojawiało sie mniej wpisów, pomimo tego, że cały czas gdzieś jeździłam. Najpierw był wyjazd do Estonii pod koniec zeszłego roku, w styczniu pojechałam do Szwecji, w lutym spędziłam 10 dni w Londynie a w święta wielkanocne odkrywałam Rumunię i Bułgarię. Nie zrobiłam wpisów o żadnym z tych wyjazdów. Potrzebowałam zmian. Zastanawiałam się długo, co mogę ulepszyć a co zmienić. Postanowiałm spełnić swoje kolejne marzenie o własnym miejscu w internecie.

Stworzyłam stronę, wykupiłam domenę, dodałam menu, dzięki któremu poruszanie się po stranie powinno być łatwiejsze i bardziej przejrzyste. Każdy wpis będzie przypisany do kategorii kontynent i państwo. Ponad miesiąc dopracowywałam najmniejsze szczegóły, edytowałam blisko 100 postów, sprawdzałam zdjęcia. Zostało mi jeszcze kilka poprawek, mam nadzieję, że przed wyjazdem uda mi się wszystko przygotować.

Wyjazd. Będzię się działo. W Europie zwiedziłam już prawie wiekszość państw, pozostałe zostawiam na krótkie, miejscowe wyjazdy. W tym roku wyruszam podbijać nowe kontynenty.

Moje plany na najbliższe cztery miesiące wyglądają tak: pod koniec maja jadę do Gdańska na weekend zobaczyć polskie morze. W czerwcu przyjeżdża do mnie Edyta i będziemy razem zwiedzać Warszawę, planuję też pojechać do Krakowa i Olkusza ponieważ zbliża się koniec roku szkolnego i będę miała mniej lekcji. Pod koniec czerwca wyjeżdzam z Polski i wracam dopiero na początku października. Najpierw odwiedzę Londyn, później jadę do Ascot na 6 tygodni, do pracy. W połowie sierpnia kończy się summer school i zaczynam moją podróż. Pierwszym punktem na mojej trasie jest San Francisco. Następnie lęcę do Mexico City, gdzie spędzam tydzień i wylatuję do Havany. Kuba wkradła się do mojego planu przypadkiem- bilety były bardzo tanie i nie mogłam im odmówić. Po ośmiu dniach na Kubie przylatuję z powrotem do Mexico City i zaczynam miesięczną podróż przez południowy Meksyk, odwiedzam Belize i wylatuję z Cancun do Londynu. Większość mam już zaplanowaną, ostanie dwa miesiące spędziłam czytając książki o Meksyku, Belize, Kubie, przejrzałam też chyba cały internet. Trzymajcie kciuki, relacje będą pojawiać się na stronie na bieżąco, bo w takiej podróży będzie to jedyna regularna możliwość kontaktu z ludźmi.

I tak. Jadę sama. Bo w końcu nic nie muszę, a mogę wszystko.

dcbdf0d7a271495da3313c0025c1265d

Na samym końcu Polski. Czorsztyn.

Posted on April 26, 2015

Z Edytą poznałyśmy się 9 lat temu na pierwszym roku fotografii w Krakowie. Od pierwszych dni stałyśmy się nierozłączne i kolejne dwa lata studiów spędziłyśmy razem, dzieląc ze sobą dosłownie każdą wolną chwilę. Łapałyśmy każdą dorywczą pracę, żeby zarobić cokolwiek i mieć na wywoływanie kliszy, wydruk odbitek czy nowy obiektyw. Chodziłyśmy do Kitchu tańczyć do rana, obiady jadłyśmy w barze mlecznym na Podgórzu, spędziłyśmy niezliczoną ilość godzin rozmawiając o zdjęciach i fotografach. Bolały nas kręgosłupy od zarwanych nocy spędzonych na rozmowach na gadu-gadu.  Jeśli miałabym wskazać jedną rzecz, którą określa naszą przyjaźń to będzie to śmiech. Czy jest to śmiech przez łzy, czy śmiech z naszej niezaradności życiowej, czy bezczelnie szydzenie z otaczającej nasz rzeczywistości, to zawsze jest to śmiech.  My po prostu nie potrafimy inaczej.

Po obronach i wystawach dyplomowych Edyta zajęła się fotografią zawodowo (portofolio Edyty możecie zobaczyć na jej stronie edytapotrzasaj.com oraz  na facebooku) a ja wróciłam na lingwistykę. Nie miałyśmy już czasu na spędzanie ze sobą każdej wolnej chwili. Były czasy, że nie widziałyśmy się przez dwa lata ale jak już się spotkałyśmy, to wydawało nam się, że widziałyśmy się wczoraj. I nie ma znaczenia, czy jestem w Anglii, czy w Warszawie, czy Edyta jest w Krakowie czy w Szkocji. Odpalamy skajpa, fejsa, telefony i rozmawiamy. A rozmawiać to my możemy godzinami.

IMAG3970

W styczniu byłam na feriach w Krakowie, spotkałam się z Edytą i uznałyśmy, że musimy gdzieś razem pojechać. W lutym wybrałyśmy termin i tak właśnie spędziłyśmy weekend w Pienińskim Parku Narodowym. W piątek po pracy wsiadłam w pociąg do Krakowa, Edyta odebrała mnie z dworca i poczęstwowała mniez pysznym domowym żurkiem. W sobotę planowałyśmy wyjechać wcześnie rano, żeby nie tracić dnia, więc odpuściłyśmy wyjście w piątkowy wieczór, żeby posiedzieć w domu. Jednak stare krakowskie przysłowie mówi “miało być dobrze a wyszło jak zwykle”. I takim właśnie sposobem wróciłyśmy o 3 nad ranem, bo przecież na Kazimierzu czujemy się jak w domu…

IMAG3812

Wyjechałyśmy z Krakowa po śniadaniu, niestety pogoda od początku nas nie rozpieszczała. Na trasie do Czorsztyna wisiały nad nami czarne chmury, od czasu do czasu popadał deszcz, strasznie wiało i robiło się coraz zimniej. Przyjechałyśmy na miejsce po 14, zostawiłyśmy rzeczy w wynajętym pokoju i poszłyśmy zwiedzać okolice. Takie z nas sieroty, że ani zobaczyłyśmy zamku (zamknięty) ani nie doszłyśmy do jeziora, bo nie umiałyśmy znaleźć drogi. Zrezygnowane wróciłyśmy po samochód i pojechałyśmy do Szczawnicy na obiad. Pogoda zrobiła się cudowna i głupio uwierzyłyśmy, że taka już zostanie.

IMAG3814

W Szczawnicy pogoda zmieniła się z pięknej wiosny w straszną zimową zawieruchę. Błądziłyśmy w śniegu, deszczu i silnym wietrze przez dobre 20 minut szukając jakiegkolwiek miejsca z jedzeniem. Całe mokre, przemarznięte i zmęczone weszłyśmy do lokalu, który lata świetności już dawno miał za sobą. Miło było cofnąć się w czasie i poczuć jak na stołówce z wycieczką szkolną. Za oknem cały czas wiało i padało, była dopiero 16 a zrobiło się ciemno i szaro jak w późne, jesienne popołudnie. My jak te sieroty ubrałyśmy trampki bo kto spodziewa się 2 stopni w połowie kwietnia..

IMAG3831
IMAG3838IMAG3861

Po obiedzie z czasów głębokiego PRLu (ale jakże smacznego!) zrobiłyśmy sobie pamiątkowe zdjęcie w przy wejściu i poszłyśmy po drobne zakupy na kolacje. Plan był ambitny żeby kupić serek i dwie bułki na kolację ale skończyło się na klasycznym zestawie: dwie butelki wina i czipsiory paprykowe. W drodze do domu pogoda załamała się totalnie a my razem z nią. Zaczeło strasznie sypać, w sekundę zrobiło się biało…więc kazałam Edycie włączyć awaryjne i poszłyśmy zrobić zdjęcia, ponieważ ciężko nam było uwierzyć, że pogoda zmienia się co 20 minut.

IMAG3878IMAG3883IMAG3897

Cały wieczór przeleżałyśmy pod dwoma kocami i kołdrą starając się ogrzać. Pomogło wino, ploteczki i kilka odcinków Polskich paragramów rozrywkowych. Do teraz żałujemy. Mogłyśmy skupić się na ploteczkach. Nie wiem komu dziękować za brak telewizora w domu.
W niedziele po śniadaniu poszłyśmy nad jezioro Czorsztyńskie, ponieważ od naszego lokum dzieliło nas dosłownie 10 minutowy spacer. Pogoda znowu nas zaskoczyła, tym razem pozytywnie. Wciąż było zimno i musiałam mieć na sobie dwie bluzy, kurtkę i puchacza, ale świeciło słońce i były piękne, jak my to mówimy, fotograficzne chmury. A na horyzoncie było widać ośnieżone szczyty Tatr.

IMAG3942
IMAG3940
IMAG3944

Po krótkim spacerze nad jezioro musiałyśmy wracać już do Krakowa żebym zdążyła na pociąg do Warszawy. Po drodze zatrzymałyśmy się w szczerym polu bo widoki były niesamowite. Zostawiłyśmy kolejny raz auto na awaryjnych i niczym sarenki pomknęłyśmy przez bagniste pola, żeby zrobić jak najlepsze zdjęcia. Ja robiłam zdjęcia telefonem, Edyta wzięła ze sobą analog. Poszły wszystkie 24 klatki, mam nadzieję, ze jak tylko je wywoła to będę mogła się nimi z Wami podzielić.

IMAG3873
IMAG3973
IMAG3968
IMAG3988IMAG3984IMAG3993

Kolejnym krótkim przystankiem była Niedzica. Pooglądałyśmy zamek, przeszłyśmy się po zaporze i akurat kiedy zaczęło robić się ciepło, musiałyśmy wracać. W Krakowie pojechałyśmy na Kazimierz na obiad gdzie dołączyła do nas moja młodsza siostra. O 17 Edyta rzuciła mnie na dworzec a potem męczyłam się trzy godziny w pociągu próbując czytać. Nasze następne spotkanie planujemy w Warszawie. Musze tylko przywieźć z Olkusza swój analog bo mamy plan na fotografowanie Warszawy.

IMAG4023
IMAG4022
IMAG4004
IMAG4007